avatar Jestem KOCURIADA z Łodzi - . Natenczas bikestat zajechał mnie na 32374.46 kilometrów w tym 3554.00 niekoniecznie po asfalcie. I nie jestem chwalipięta, choć z pewnością żem szurnięta! ;D Troszkę inaczej, ale nadal...o mnie:D
KOTY zaś mruczą o sobie tutaj

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Roczne wzloty i upadki:

Wykres roczny blog rowerowy KOCURIADA.bikestats.pl
Skołowałam 39.22 km (2.50 km teren)
01:31 h 25.86 km/h
Maks. pr.:47.56 km/h
Temperatura:18.0

Popołudniowy bzik

Poniedziałek, 9 maja 2011 · dodano: 09.05.2011 | Komentarze 0

Po wczorajszym ujechaniu się w tadzinowym lesie kończyny GÓRNE odmawiają mi posłuszeństwa jakbym wygrabiła całe tony kamorów z kilkuset hektarowego pola...A jako wyznawczyni doktryny mówiącej o tym, że „cierpienie powinno rozkładać się w ciele możliwie najbardziej symetrycznie”, pojechałam domęczyć pozostałe członki do takiego samego poziomu zrypania :)

Bryknęłam po starych śmieciach „pekawułu”, czyli Wiączyń-Eufeminów-Gałkówek-Małczew-Ksawerów-Moskwa-Borchówka-Kalonka-Bukowiec-Janów-Byszewska

Rzepak kwitnie pięknie a bzy pachną obłędnie, więc nawet jazdę pod wiatr miałam w głębokim poważaniu. Ino uśmiech na giembie musiałam co i rusz powściągać, bo mi jamę chłonąco-trawiącą muchy atakowały zbyt natarczywie...
To rozjarzę się teraz:
:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Kategoria Triki (25...55)


Skołowałam 52.42 km (21.00 km teren)
03:06 h 16.91 km/h
Maks. pr.:46.74 km/h
Temperatura:16.0

„Brzezińskie góry” = objazd trasy maratonu

Niedziela, 8 maja 2011 · dodano: 08.05.2011 | Komentarze 6

Przejechać 170 kilometrów w jeden dzień – no problem.
Przejechać 380 kilometrów w 4 dni – pestka.
Przejechać 14 kilometrów po brzezińskich górkach – prawie niewykonalne, przez co takiej średniej to ja chyba jeszcze nie miałam :D



Co ja sobie ubzdurałam z tym maratonem??? Babcia Kocuriada winna w ogóle dzisiaj nie wychodzić z domu, tylko leżeć w wyrze i drapać się po uchu, a nie wyrywać się na jakieś objazdy trasy z podjazdami 10%...12%...15%, z łatami kopnego piachu, z singletrackami gęsto usianymi szychami, ze zwodniczą „pralką”, ze słynnym Pijakiem, z jeszcze lepszą Kaśko-Zośką...e-te-ce

Kondycji nie mam za grosz, technika u mnie leży plackiem i zażywa słoneczka (choć były tylko 2 gleby, na tzw. dobry początek ;P) a jednak, mimo trasy grubo nadzianej przeciwnościami losu, JESTEM ZADOWOLONA, żem na zbiórkę trafiła :)))))))))
Tadzinowski las jest fantastycznym miejscem do treningów! :)

Sandman, dzięki wielkie! :) Świadomość, że nie jestem jedynym „niedzielnym kierowcą” w tym towarzystwie podtrzymywała mnie na duchu jak nie wiem co!

Może jednak pojadę FUN?
Kategoria Triki (25...55)


Skołowałam 26.39 km (2.50 km teren)
01:06 h 23.99 km/h
Maks. pr.:46.33 km/h
Temperatura:17.0

U siebie :)

Sobota, 7 maja 2011 · dodano: 07.05.2011 | Komentarze 6

Po 4 dniach romansu z Ziutkiem, chciałam sprawdzić czy moja miłość do Jakubka jest równie silna co tydzień temu... Jest :))) A wrażenie analogiczne jak przy przesiadaniu się z Corsy do Yarisa :)
Żeśmy sę nobliwie pobuczeli, dzięki czemu w sercu mam teraz takie oto wibracje:

Traska krótka, bo lekko rozjazdowa po majówce i jednocześnie rozgrzewkowa przed jutrzejszym terenowym wyzwaniem (oby tylko pogoda dopisała).
Wiatrzycho dęło tak mocno, że mi momentami płuca plombowało na amen :)
Na Borchówce spotkałam dwóch bajkerów. I chyba jeden z nich wiózł się na moim kole na podjeździe do Kalonki. Pozdrawiam serdecznie, acz upraszam, by wychodzić słabszej płci na zmiany :)
Aaaa, i rzeczywiście asfalt podreperowany przez szosowy maraton ŻTC. Doceniam, więc ślicznie dziękuję :)
Kategoria Triki (25...55)


Skołowałam 99.66 km (5.00 km teren)
04:11 h 23.82 km/h
Maks. pr.:43.90 km/h
Temperatura:14.0

KAROLINKI 2011 - dzień czwarty, czyli Bos lassus fortius figit pedem

Wtorek, 3 maja 2011 · dodano: 07.05.2011 | Komentarze 2

Urszulin/Zabrodzie/Wereszczyn/Świerszczów/Małków/Wierzbica/Busówno/Cyców/Wola Korybutowa/Szpica/Ciechanki/Ostrówek/Mełgiew/Jacków/Świdnik/Lublin

Dość frywolnym posunięciem było przerzucanie godziny pobudki o jeden pełny obrót wskazówek wstecz...i narzucanie tego zdania mężczyźnie zawianemu kilkoma piwkami...
Kto wie, może właśnie dlatego nasz szelmowski babski plan się udał?
Tak czy siak, wstaliśmy punktualnie i bez najmniejszej łezki w oku opuściliśmy „pożal-się-Boże-kwaterę” grubo przed 9 rano.
W bardzo rześkim powietrzu obraliśmy najsampierw kierunek wschodni. Mym oczom nie podobały się za specjalnie sunące przed nimi wiejskie widoczki, a tyłek przez kilka kilometrów przemierzania „wspomnienia po asfalcie” ryczał do księżyca, słońca i bogowie olimpijscy wiedzą czego jeszcze...z bólu. Ale jakoś się kręciło.
Właściwie od pierwszych machnięć korbami Eve&Stamp; sukcesywnie się rozpędzali i szybko zrozumiałam, że tego dnia chyba zawojują świat :) Chcąc nie chcąc musiałam deczko podkręcić tempo. I podkręcałam do sameeeeego Lublina. Cholernie cieszyło mnie przy tym, że był to ostatni dzień wyprawy, bo następnego ranka prawdopodobnie nie byłabym w stanie ruszyć zezwłoka z wyra...
Po mało przyjemnym fragmencie, który opatrzyłam mianem „Borchówa x100”, ponieważ wręcz „przepadam” za wyrąbanymi w kosmos podjazdami z małym, acz gigaupierdliwym nachyleniem, osiągnęliśmy punkt kontrolny o nazwie Wierzbica.
Odsapka. Telefoniczna pogadanka z Łosiem. I napędzacz Lion, wrrrraaaauuuu
A potem interwałów część druga. I stamperowy pokaz mocy :) Pocinałam schowana w jego aŁerodynamicznym tunelu trzy dyszki na godzinę z (nawet nie tak bardzo przeszkadzającym) „omnia mea mecum porto” zarzuconym na bagażnik. Poziom mego ukontentowania odpowiadał poziomowi upocenia, na skutek czego na przystanku pekaesowym w Cycowie objawiłam światu piersi dwie...a widok miały one taki:
Przystanek w Cycowie © KOCURIADA

A tak w ogóle to muszę w tym miejscu poskarżyć się całej Polsce, że rowerzyści w tej wiosze nie odpowiadają na pozdrowienia...chamskie cyce :P
Po wciągnięciu kolejnej porcji węgla i pozowaniu przy tablicy
Cyców © KOCURIADA

uderzyliśmy na Ciechanki. Zrobiło się milej, bo asfalt do Korybutowej był prima sort, zaś po zjeździe w prawo z głównej trasy rozpieszczało mnie wszystko to, co kocham: słoneczne pola, zacienione lasy...mogłabym tak jechać przez caluuuutki dzień.
Same Ciechanki były mało ujmujące. Na krzyżówce powitała nas miniatura Golgoty (mam przeogromną ochotę zliczenia kiedyś tych wszystkich krzyży, kapliczek oraz pomników JPII walających się po całej Polsce, by podsumować ile kasy idzie na marne) oraz psy:
Mordy jedne... © KOCURIADA

Zwierzaki były centralnie dziabnięte. Suka zachwywała się jakby ją kto regularnie kijem okładał, bo do ogrodzenia czołgała się w pozie uległości dobrych kilka minut. Samiec natomiast miał chyba jeszcze bardziej zryty beret - siadł przed Magicznym Kellysem i zaczął do niego niemiłosiernie wyć (machając przy tym łapami).
Cóż, gdybym mieszkała w widokiem na górkę z metalowym krzyżem, też by mi się pewnie udzielało...wolałam jednak odwrócić wzrok ku przyjemniejszym obrazkom
Kocuriada grzebiąca palcem w...mapie © KOCURIADA

Następny etap ewidentnie należał do Eve :) Wypruła kobieta tymi swoimi dłuuugimi pomykaczami tak mocno do przodu, że ledwie ją można było dogonić :) Niestety nie zredukowałam dzielącego nas dystansu do zera metrów, choć pod samym Mełgiewem już mało mi brakowało...może gdyby nie to przepuszczenie auta, ale nie czas na takie gdybanie. Fakt faktem - trochę się na tym odcinku wypsztykałam energetycznie, więc z wielkim zadowoleniem zasiadłam w Mełgiewie do stołu, bo...znowu byłam głodna :P Dobrze trafiliśmy, ponieważ wieś miała jakieś święto. Przy dźwiękach produkowanych przez orkiestrę straży pożarnej, a także występach sexi-mażoretek zapodałam na ruszt pierwsze tego dnia mięcho, po czym przytulił się do mnie Pan Błogostan :)
Urok nóżek :) © KOCURIADA

Na szaszłyku popitym colą mogłam ponownie zapitalać. Ostatnie kilometry do Lublina machnęliśmy niezłym tempem, mimo, że sam wjazd do miasta okraszony był podjazdami. Wdrapaliśmy się jeszcze na Stary Rynek, by cyknać to i owo, przy czym wlazł nam w kadr Niemiec mający zamiar objechać samotnie w 3 miechy kawał Europy:
Eksponaty muzealne © KOCURIADA

Chwilkę pokonwersowaliśmy, lecz po informacji, że facet nie ma w Polsce żadnych problemów z wilkami (:P), doszliśmy do wniosku, że skoro już rozmowa sama zeszła na tematy zwierzęce, to się kulturalnie pożegnamy, bo musimy udać się w wiadome miejsce - czyli do żarłodajni, a jakże!
Wybraliśmy fatalnie. Realizacja zamówienia przeciągała się w nieskończoność, obsługa miała NIEprofesjonalne podejście do klienta, a jadło nie było warte swej ceny, lecz...„dodatek” do ruskich pierogów rozbroił mnie całkowicie ;P Ponoć zrobiłam się nieznośnie gadatliwa. Zaś po telefonie od Tatka, który miał nas odebrać z wyprawy o 18:00, ale i jemu nóżka w aucie podawała, więc przybył zawczasu i niecierpliwie „czekał w dołku, przed dużą górką, przy tablicy z napisem Radom, Warszawa” podobno rozbrykałam się na całego flugając siarczyście przez cały wyjazd z miasta na to SZCZEGÓŁOWE ORAZ PRECYZYJNE objaśnienie punktu spotkania. Bo jakoś pan kierowca z trzydziestoletnim stażem nie pomyślał, że Lublin to jedno pasmo górka-dołek z tablicą „Radom, Warszawa” na każdym skrzyżowaniu...Kurdię!!!
Złość opuściła moją wątrobę dopiero po tym, jak wygodnie umościłam się w aucie kątem oka spostrzegłszy za oknem ŚNIEG! Cięło tym białym syfem z nieba aż do Łodzi - „cóż mnie jednak to obchodzi?”
Podsumowanie wyprawy:
4 dni
380 km
Jestem szczęśliwa :)
Kategoria Yogus (55...)


Skołowałam 72.73 km (8.00 km teren)
03:17 h 22.15 km/h
Maks. pr.:32.20 km/h
Temperatura:14.0

KAROLINKI 2011 – dzień trzeci, czyli Difficilis in otio quies

Poniedziałek, 2 maja 2011 · dodano: 07.05.2011 | Komentarze 2

Urszulin/Babsk/Zienki/Górki/Sosnowica/Drozdówka/Stary Uścimów/Maśluchy/Krasne/Piaseczno/Kaniwola/Nadrybie/Garbatówka/Sumin/Urszulin

Dnia Trzeciego w naszej bandzie niestety doszło do rozłamu. L&L musieli pędem wracać do Łodzi, by udobruchać rozwydrzonego Luszka atakującego każdą dłoń dzierżącą strzykawkę nadzianą ambrozją insuliny. W ogóle nie czaję tego kota, jak dla mnie jest zbyt nieprzewidywalny w swych humorach, ale doskonale czułam powagę sytuacji. Też pizgnęłabym w kąt plan nabijania kilometrów by ratować swe „dzieci” przed paszczęką grobowego wieka. Gospodarz jednak był mało wyrozumiały, więc smęcił pod nosem o straconych dutkach…miłośnik gołębi, kuźwa…Bym mu Puminę puściła na te jego pocztowce sprowadzane z Belgii i Holandii, to by go w sekundę ocuciło z pierdolenia, że „to przecież tylko kot”...No to właśnie wylałam z siebie kilka mililitrów żółci, podczas gdy w rzeczywistości grzecznie panu odrzekłam: „no tak, no tak, siła wyższa” i inne takie tam srele morele…Nie lubię siebie w wersji soft, ale w tym przypadku naprawdę nie było sensu kopać się z głupim.

Zatem ciuchy na grzbiet i w drogę. Tylko w trójkę (Eve, Stamper &„mła”), ponieważ Józek ostatecznie stwierdził, że samotny powrót pociągiem byłby właściwie „no kuuurcze, niee wieeem, chyba niefaaajny”, zatem zwinął swe manatki i podążył za Siekami, wygodniacha jeden!

W planie mieliśmy kręcenie po Poleskim Parku Narodowym. A na starcie tego dnia ziiiiiiimno byyyyło O-K-R-O-P-N-I-E! Mimo że wyruszyliśmy nadzwyczaj późno, bo dopiero po 11:00…Dodatkową atrakcją przedpołudnia był wiater śmigający po bębenkach usznych aż huczało…
Z uwagi na TAKIE „warunki pogodowe” (gwoli szczerości, wolałabym deszcz) rytmizacja pracy nóg przyprawiała mnie o mdłości. Aż do postoju na przystanku PKS, gdzie w oczekiwaniu aż Eve przyodzieje długie gatki, mogłam wcisnąć czapkę-prezerwatywkę na swój zwichrowany łeb.
Potem było już okej :) Tym bardziej, że Słońce uraczyło świat rozpromienioną mordką.

Krajobraz przetaczał się bokami drogi raczej płaski, łąkowy, z domkami porozrzucanymi tu i ówdzie. Całość nie pozbawiona była swoistego uroku, choć zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu „film” pierwszego dnia Karolinek.

Po dotarciu do Sosnowicy zsiedliśmy na parę minut z pomykaczy. Jedni błogo leżeli w trawce
Zdjęcie z wycieczki rowerowej © KOCURIADA

drudzy zwiedzali podmokłe krzaki
z wizytą w chynchach © KOCURIADA

a trzeci uszczuplali węglowodanowe zapasy (to ja to ja! Się kręciło to ssawa była pokaźnego kalibru :P), ale wszyscy razem, wespół w zespół, podziwiali rozkumkane jeziora rozlane po obu stronach nitki asfaltu. A jakie ryby skakały nad taflą wód! Takie, że ho ho hooo…Sztuki gatunku „śniadaniowego”, „obiadowego”, „kolacyjnego”, „deserowego”...Szczupakowe słone paluszki, lody z dorsza, krakersy z karpia, co kto tylko sobie wymarzył…

Już mi się gorąco zaczynało robić od tych wizualizacji, więc pomknęliśmy dalej – przez super sosnowy las podściełany piachem. Raz prawie „się uglebiłam”, ale na szczęście smart samy wyciągnęły mnie z opresji. Oczywiście tylko po to, by za kilka kilometrów, na szutrówce prostej jak konstrukcja cepa okrutnie zrzucić mnie z siodełka…ok, mea cupla – przy wypince zapomniałam, że na kierze zamontowana jest torba destabilizująca moje poczynania ;P

Przez Maśluchy upstrzone obrazkami Jana Pawła II (dosłownie, z okien każdej chałupy przylegającej do jezdni, a było ich na tym odcinku tyle co żwiru na hałdzie, jarzył się do nas Big Papa kilkoma rodzajami radosnej zadumy), dotarliśmy do pięknego Krasnego:

Jezioro Krasne © KOCURIADA



Zaczęły się nerwowe poszukiwania jadłodajni. Trafiła się szybko, lecz zapach wydobywający się z jej wnętrza nie pozostawiał złudzeń – po obiedzie w takim miejscu sraczka murowana. Nie chciało nam się jednak z Eve ruszać dalej, więc wypuściłyśmy na zwiady Zalepę, a same oddałyśmy się uciesze siedzenia na kawałku drewna o długości i szerokości znacznie przekraczającej najśmielsze oczekiwania naszych strudzonych „viceversów”.

Po niedługim czasie otrzymałyśmy cynk, by kierować się na sklep z nabiałem…
Trafiłyśmy bez problemu :) ElStamper postarał się przednio, albowiem w domu wczasowym o dźwięcznej nazwie Brylant, Diament, czy jakoś tak, posililiśmy ciało najprawdziwszym cudem rąk przemiłego kucharza:

Pyszna micha © KOCURIADA


Wszystko świeżutkie i smaczne. Po daniu pierwszym, drugim, a także kawie na deser, nieco trudniej było podźwignąć się z krzesła, ale komu w drogę temu czas…nie ma to tamto, jakoś wgramoliliśmy zady na siodła.

Słońce przypiekało czółka, asfalty się skiepściły, a droga była mi już znana, bo od Nadrybia aż po Urszulin przemierzałam ją dzień wcześniej, ale i tak było fajnie. I MOCNO, bo Stampery w pewnej sekundzie postanowiły przycisnąć gaz do dechy, więc miałam niewiele czasu na zastanowienie czy chce ich gonić czy wolę odpuścić. No jakoś nie współgrała mi idea CZASÓWKI na ostatnich 10 kilometrach ROZJAZDU, ale wyzwanie podjęłam :)))) Było warto, choć Zalepa i tak nam w końcu odjechał…ma nogę chłop, nie ma co! Przekonałam się o tym także dnia czwartego, ale to już zupełnie inna historia…
Kategoria Yogus (55...)


Skołowałam 97.39 km (0.50 km teren)
04:55 h 19.81 km/h
Maks. pr.:37.60 km/h
Temperatura:12.0

KAROLINKI 2011 - dzień drugi, czyli Fluctuat nec mergitur

Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 06.05.2011 | Komentarze 4

Łąki/Nałęczów/Piotrowice/Gutanów/Garbów/Zofian/Starościn/Pryszczowa Góra/Krasienin/Stoczek/Nasutów/Wola Niemiecka/Niemce/Jawidz/Spiczyn/Kijany/Nowogród/Łęczna/Puchaczów/Bogdanka/Nadrybie/Garbatówka/Sumin/Urszulin

Po kiepskawo przespanej nocy Dej Namber Tu zaczął się dla mnie lekkuchnym ćmieniem w skroniach. O dziwo, nogi miałam wypoczęte (zapewne przez zbawienny wpływ regionalnego piwka tudzież czarodziejską maść, którą wklepałam w nie dnia poprzedniego).
Kolejne zdziwko poranka to fakt, że niektórzy towarzysze podróży wstali prawdopodobnie równiuśko z pianiem koguta i zanim dobrze otwarłam ślipia, oni byli już w pełnym rynsztunku, zwarci i gotowi na wyzwania nadchodzących godzin...Sieku, dzięki żeś nas ewangelicznie nie popędzał! Nie ma nic gorszego od qpy kręconej pod presją barbarzyńskich sił zewnętrznych ;P
Zatem na spokojnie...śniadanko, pakowanko...Zarzuciłam Ziutkowi 9 kilo na plecy, nieco ponad 2 na głowę, a także niecały litr między nogi. Do tego miałam dojść jeszcze ja - bagaż najcięższy będący zarazem napędem całej konstrukcji. Telepało pod moją czaszką (no pewnie, że moją a nie cudzą, choć z drugiej strony kto to wie, co to za kręte myśli przetaczały się w łebkach innych, czyżby te same?), że może to jest właśnie TEN DZIEŃ, kiedy porywam się z motyką na słońce...Uparcie odwracałam wzrok od:

Ready, steady... © KOCURIADA


Uciekając przez nieuniknionym obfotografowywałam różniaste różności, lecz na niewiele się to zdawało:

Intjelygencja najważniejszą jest © KOCURIADA


Kiedy już każdy zrobił co chciał w takim tempie, jakie było dlań najkorzystniejsze, w tym naszym najlepszym ze światów wskazówki wszystkich zegarków poczęły bić w jednym rytmie...i w końcu ruszyliśmy!!! Naprawdę nie mogłam się doczekać przygody, tylko te sakwy, ech...

Z Łąk skierowaliśmy się w stronę Urszulina (po raz kolejny mocniejszym tempem niż zamierzałam) a droga miała być płaska. Tjaaaaaa
Pierwszy podjazd już w Nałęczowie, a potem następny i następny...tereny za to cudne, więc wynagradzały rozlewający się po udach bólek (niewielki był, to i na prawdziwe miano „bólu” nie zasługiwał). A asfalt falował, zwijał się na boki, wybrzuszał, opadał...W pewnym miejscu zrobiłam przystanek na „medytację krajobrazu”. Zdjęcie tego landskejpu może kiedyś zawita na mego bloga – oczywiście przez „Józka-co-aparat-lepszy-miał-ino-focior-mi-nie-dał”. Sądzę, że jest to NIEFAJNE ;P
W zamian będą takie oto bohomazy:

Pojechali zamiast podziwiać... © KOCURIADA


za to Józek sobie nie odpuścił © KOCURIADA


Większą część tego dnia spędziliśmy właściwie we dwoje. W Garbowie uskuteczniliśmy ostatni grupowy przystanek na dokumentację wizualną procesu rozplątywania łańcucha w alikowym Kelisie. Cóż, zwykły skutek zwyczajowego brania podjazdu na twardo. Oj, wyobrażam sobie ile przy tym padło erotycznych sapań i stękań ;P W naszym składzie nie było takiego gagatka, co by kochał podjazdy miłością mocniejszą niż ta, którą za każdym machnięciem pedałów wykrzesywał z siebie Lemurek. Słuchało się tego przaśnie.

I tutaj, drodzy Państwo, urywa się ślad po mnie i po Józku...Popędziliśmy za Garbów jako pierwsi, za co dane nam było płacić przez następne 40 kilometrów. Na terenie parku krajobrazowego spotkała nas kara za wyrywanie się z szeregu, pierwsza nagroda w Wyścigach Głupoty lub też nauczka na przyszłość pod tjetułem: „siedź na dupie cicho”.
Czyli, ZACZĘŁO PADAĆ!!! Początkowo delikatnie, rzec bym mogła, że nawet pieszczotliwie, gdyby oczywiście nie to, że niebawem „podniebna czułość” zamieniła się w regularny strumień deszczu trzaskającego nas po mordach. Po dupach też.
W bardziej sprzyjających okolicznościach pewnie napawałabym się całą sytuacją, ale:
nie było plus 30 na termometrze
nie miałam 5 kilometrów do domu
nie byłam najedzona...
Fucktycznie, lejący się na mnie potok nie był lodowaty, ale i tak uczynił z mych dłoni grabie w kolorze blue-violet, skórę na moich stopach zmarszczył jak gdybym ze sto lat moczyła je w Oceanie Spokojnym (a przecież pływały tylko w basenie z Shimanek), a resztę ciała wybarwił pięknie na kolor buraczkowy...No zajedeszczyście! Byłam bardzo bliska decyzji, by walnąć sobie na kasku kółeczko i pociąć na mej czerwonej hulajnodze prosto do GB celem angażu w Teletubisiach. Rola „Po” dla mnie jak ulał.
Ale jednak nie. Zawzięłam się w inny sposób. Nie chciałam czekać, aż chmury odpłyną. Więc nie pozostało nic innego jak popływać samemu. Tylko od czasu do czasu kryłam się pod wiatą przystankową, by poczekać na Józka (bez mapy, z rozładowanym telefonem, czyli typowo). Jechałam smętnie acz uparcie. Przyliczyłam na klatę kilka strzałów z kałuż spod kół ciężarówek – doprawdy, niezapomniane przeżycie ;P Dodatkowo, na dosyć ruchliwym skrzyżowaniu żółtej z czerwoną nagle zapałałam chęcią poleżenia na asfalcie, więc zrobiwszy mały myk z wypinaniem się z pedałów padłam sobie na lewy boczek zachwycając się fakturą profesjonalnie wylanej nawierzchni. Aż mi się z tej radochy bagażnik przekrzywił parkując bezpośrednio na oponie. Nic to, poflugałam pod nosem na otrzeźwienie umysłu i na powrót dosiadłam Ziutka. Z deczka obolała.
I tak oto, dwa niezatapialne statki towarowe po przepłynięciu 40 kilometrów przybiły do brzegu Łęcznej. Na obiad.
Dzięki uprzejmości kierowniczki baru Kebab, wtaszczyłam rower na marmurową posadzkę restauracji, porozwlekałam po skórzanych fotelach prawie całą swoją garderobę, osuszyłam co się dało wylewając przy tym wodę z sakw, a na koniec całkiem smacznie podjadłam. Repetę gorącej herbaty mieliśmy gratis, ołjeee :)
Po takiej gościnie kręciło się znacznie lżej, ale i tak oboje mieliśmy serdecznie dość bycia w czarnej dupie, więc pocięliśmy na kwaterę najkrótszą drogą, przez Puchaczów i Bogdankę:

Kopalnia Bogdanka © KOCURIADA


Rzepakowe tory © KOCURIADA


Na ostatniej prostej do Urszulina przywitał nas bociek:

Józiu zasadzający się na boćka © KOCURIADA


Brdzo dobry był to znak, ponieważ:
zdążyliśmy do sklepu po strawę dla ciała i ducha (17:55!)
wynegocjowaliśmy u gospodyni zajęcie całego piętra domu
podpierając się życiową prawdą („kto pierwszy ten lepszy”) wybraliśmy najmniej śmierdzący pokój na naszą sypialnię
zużyliśmy całą ciepłą wodę w termie
i spokojnie czekaliśmy na przyjazd reszty towarzycha :)

A na wieczór była powtórka z rozrywki, przy czym Alika hipnotyzował ekran tivi, Sieku prawie klęczał odmawiając pacierz za grzeszne dusze, Dużecki z Małecką starali się nie tracić kontaktu z rzeczywistością, Józek zaś bawił się w nieśmiałego mistrza ciętej riposty, podczas gdy ja...po prostu cieszyłam się, że wreszcie mam „sucho, czysto, pewnie”.
Kategoria Yogus (55...)


Skołowałam 110.34 km (0.50 km teren)
04:49 h 22.91 km/h
Maks. pr.:42.60 km/h
Temperatura:16.0

KAROLINKI 2011 - dzień pierwszy, czyli Ardua prima via est

Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 05.05.2011 | Komentarze 2

Łąki/Wąwolnica/Poniatowa/Opole Lubelskie/Elżbieta/Ożarów/Kolczyn/Kaliszany/Piotrawin/Janiszów/Głodno/Braciejowice/Zakrzów/Las Dębowy/Majdany/Szczekarków/Wilków/Dobre/Kazimierz Dolny/Wylągi/Rzeczyca/Witoszyn/Bartłomiejowice/Mareczki/Wąwolnica/Łąki

Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy wsiądę do auta pomykającego w stronę Nałęczowa. Bez Łosia (od 3 tygodni opakowanego w gips) cały wypad jawił się memu sercu choooiovo nieudanym, jeszcze zanim się tak naprawdę zaczął...Wiedziałam, że bez jego pomocy w każdej sekundzie wyprawy będzie mi ciężej, że ewentualny wiatr okaże się wybitnie spowalniający, że „treser” nie podpowie jak mam przyjąć w przerzutkowe objęcia pojawiające się na trasie pagóry i że (do diaska, to było najgorsze!) wieczory czekają mnie zimne i samotne, bez możliwości przeanalizowania błędów, potknięć, bez jakiegokolwiek przebłysku pochwały za dobrze wykonaną pracę, co mogłoby mnie zmotywować do mocniejszego kręcenia (no proszę wybaczyć, ale jakby nie patrzeć jestem kotem, więc za każdym razem potrzebuję KONKRETNYCH powodów do mruczenia, bez nich „tomisienicniechceijuż” :P). No więc, ten tego, przez bite dwa tygodnie targały mną „mroczne wichry namiętności”, ale że miękką frytą to ja jednak nie jestem (sic! fryciorki uwielbiam tylko zjarane na twardy wyngiel), to mimo powyższych rozterek potuptałam grzecznie do auta. Ostatecznie, zapakowałam się z Ziutkiem.

OMAJGUDNEZ, już pierwszego dnia na starcie prawie przyprawili mnie o zawał serca :)
Wyjechali z kwatery w Łąkach z takim impetem, że w pogoni za pomarańczowym plecaczkiem Lemura wywiało mi z mózgu własne dane personalne...na szczęście po kilku kilometrach doszło do głosu opamiętanie i do reszty dystansu podeszłam w bardziej wyważony sposób, czyli jechałam swojo-józkowym tempem. Pogadaliśmy sobie o rehabilitacyjnych „wtykach” na okoliczność nadchodzącego procesu uruchamiania Dawka iiii...nagle, za remontowanym mostem (który Alik spalił specjalnie - przyznała się :P), Józiu znikł w paszczy przestrzeni zapełnionej Evesissowo-ElStamperowym postojem na „coś tam” (nie pomnę o co chodziło...).

Do Opola Lubelskiego, w którym rubasznie napawały się słońcem dwa rasowe konie wyścigowe w postaci Teamu L&L, dojechałam więc sama, przy czym nie obyło się bez konieczności odczytywania różnego rodzaju znaków na niebie, ziemi...i mapie. Właściwie to przez cały wypad wychodziłam cało z zawiłości topograficznych. Nareszcie, kurna felek, przydały się te wszystkie biegi na orientację męczone w czasach liceum. Oooleeeeoooleeeoleeee! :)

Po piwku, foceniu leniwych kotów (ja nadal utrzymuję, że WIĘKSZOŚĆ PAND jest bardziej wyluzowana w swej spaciowo-jedzeniowo-sraczkowej egzystencyji od tych 3 miluchów sprzed baru) oraz opatrywaniu przedniego kopytka Eve brykającej po torach kolejowych tak samo niesfornie jak Łoś (genetyczne to u nich, doprawdy...) ruszyliśmy w stronę Wrzełowieckiego Parku Krajobrazowego. Na dzień dobry przez Elżbietę :)
Nie ma co się nad tematem rozwodzić – cudnie było popatrzeć na Matkę Naturę i tyle. Pola chmielowe ustąpiły miejsca lasom, a następnie upojnie kwitnącym sadom wynurzającym się wprost z żółto-mleczowych trawników. Jechałam oczarowana, kilkakrotnie zatrzymując się na dłuższą kontemplację (kątem oka było mało)...

Kaliszany © KOCURIADA


Ku naszemu zaskoczeniu w Lesie Dębowym zasadził się na nas Team E&El; – skrócili sobie trasę, skubańce! Zatem postój, a jak postój, to kolejne chlup :)

Następny odcinek dłużył się mym nogom niesłychanie, dzielnie walczyłam z wiatrem starając się utrzymać jako takie tempo, ale był i trud i znój...aż do miejsca, które było dla mnie prawdziwym przełomem ;p
Jadu sobie zipiąc, podziwiaju ładnu widoku po lewu drogu, robie sobie zakrętasu i...i z nienacka asfalt staje dęba. A dłuuuugi Ci on, jak to cygaro, co je niedawno jeden ukręcił na konto swej bytności w Księdze Guinessa! Momentalnie nad moim kaskiem zawirowały gwiazdki, tryknęły się radośnie z bliżej nieokreślonymi ptaszkami, po czym opadły na kocuriadowy łeb hitchcokowską chmarą czarnych stworów... Patrzę w górę, prawie na szczycie majaczy już Lobotomasz, niedługo po nim ElStamper, w połowie podjazdu Eve jedzie z Sharapovą...tylko Józia brak. Kuuuurna, se myślę, jak się teleportować na drugą stronę tego muru? Całe szczęście, że podczas majówki DUCH ŁOSIA SPECJALNIE DLA MNIE UNOSIŁ SIĘ NAD ASFALTAMI, więc migusiem obczaiłam co, jak, w którym punkcie podjazdu i nie tracąc cennych sekund napierDALam pod górę stylem klasycznym ile tylko fabryka dała. A Ziutek lekki jest, to moc miał :) Prztykam i prztykam, dojeżdżam do uchachanych Chłopów, a podjazdu końca nie widać...no ja pierdolę, zrzucam zatem na jedynkę, zamieniam się w chomika i gonię ostatniego Zająca. To było słit. Potrzebowałam tego. Naprawdę.
A potem to już mi do Kazimierza wszystko lottoło na długim zjeździe :)))))

A w Kaziku tłumy na rynku, więc specjalnie pstryknęłam to, czego ciemna masa nie była w stanie mi zbrukać (czy ktokolwiek zwraca uwagę na takie błahe detale???):

Kazimierz Dolny inaczej © KOCURIADA


Potem obiad (ani zły ani dobry, ujdzie w tłoku) i jak już w każdym brzuszku ułożyło się to i owo ruszyliśmy całą zgrają w drogę powrotną - równie malowniczymi terenami z równie malowniczymi podjazdami okraszonymi równie malowniczymi postojami na sikańca z żabim kumkaniem w tle, by w Wąwolnicy skorzystać z asortymentu malowniczego sklepu, przypieczętowując ostatecznie cały ten nie-boży malowniczy dzień wieczornym napawaniem się Kupichą (niektórzy to nawet przedłużyli sobie ten upojny czas do dni dwóch ;P).

A dzień drugi miał być bardziej płaski, lekki i przyjemny w przeżyciu...bo z sakwami.
Taki był plan....
Kategoria Yogus (55...)


Skołowałam 31.55 km (1.00 km teren)
01:23 h 22.81 km/h
Maks. pr.:44.10 km/h
Temperatura:15.0

Cyklomania

Wtorek, 26 kwietnia 2011 · dodano: 26.04.2011 | Komentarze 10

Czy ktoś mógłby mnie oświecić, jak mam interpretować ilonkowego maila z takim oto zdjęciem (z Zaragozy):

Jak należy jeździć... © KOCURIADA


Na komentarz wybrała jedno tylko słowo: „ty”...

Myślę i myślę usilnie i dochodzę do wniosku, że już nie tylko na dwoje, ale na wielokroć babka wróżyła... Za kilka dni dowiem się o co tak naprawdę „kaman”, a dziś, jako że niewiele czasu zostało do wyprawy, wybrałam jak najbardziej prawidłowy sposób pokonywania przestrzeni...i zrobiłam pętelkę majowego maratonu szosowego cyklomaniaka. Na „mądrych Samach”.

Łosiowe napominania na niewiele się zdały ;P Co prawda wersja oficjalna brzmi „tak tak, tempem mądrze rozplanowanym i spokojnym”, a po kryjomu depnęłam sobie na boginiowo-wódkowych podjazdach (no kto to wymyślił, by najgorszy sztywny odcinek był tuż przed metą???), choć z drugiej strony, nie ukrywam, że wielkiego wścieku macicy to jednak nie było...tak tylko chciałam się sprawdzić na tych dwóch krótkich odcinkach...

Tak czy owak – 7 procent nachylenia odczuwam teraz w przyczepach prawego kolana, więc niechybnie zamoczę je w altacecie, a i na plażowanie pod lampą też pewnie wstąpię do pokoju medycznego podczas pracy. Jak to dobrze, że wszędzie tak blisko :)
Kategoria Triki (25...55)


Skołowałam 38.25 km (29.00 km teren)
01:56 h 19.78 km/h
Maks. pr.:40.77 km/h
Temperatura:16.0

Dyngusowa orka na ugorze

Poniedziałek, 25 kwietnia 2011 · dodano: 25.04.2011 | Komentarze 2

Nie miałam zielonego pojęcia, jak bardzo i czy w ogóle będą biegać z wiadrami po okolicznych wsiach, w związku z czym wolałam nie kusić złego i nie spieszyłam się zbytnio do przekręcania pedałów z Kony do Jakubka...a czas leciał...aż nastała pora obiadowa. Uwinęłam się z mamałygą, spojrzałam za okno i z łezką w oku skonstatowałam, że nie tylko ja zbieram się do wyjścia, albowiem równolegle do moich poczynań na horyzoncie zbierały się chmury...niegroźne maleństwa rytmicznie kondensowały w wielgaśne obłoki, małe kółka różańcowe przekształcały się w potężne zgrupowania ciemnoniebiesko odzianej armii, a całość przy wtórze wiatru budzącego się ze snu...Nie wyglądało to fajnie...to znaczy, wyglądało może i fajnie, ale z perspektywy bycia w „m”...
Mimo to wyszłam – nóżkom ckniło się do jazdy w terenie na tyle mocno, że żadne burzowe niebo nie było w stanie odwieść ich od realizacji planu.
Zapewniając sobie jednak możliwość szybkiego schronienia przed ewentualnym gradem czy piorunami, zmodyfikowałam pierwotne ustalenia i zamiast Tadzina, do którego dojazd w obie strony zająłby około 30 km (plus drugie tyle na eksplorację terenu), postanowiłam pokręcić po okolicy, kochanej, acz nieco już opatrzonej.
I w sumie dobrze się złożyło :) Moja mikromapa zaczyna dzięki temu zapełniać się nowymi detalami. Przekonałam się także (nie pierwszy raz zresztą), że jest krztynka prawdy w sławetnym tekście o chwaleniu cudzego a braku znajomości swojego...
No więc, jadąc tak sobie przez ten mój mały świat, zbierałam pod koła tyle nieutwardzonej nawierzchni ile się tylko dało. A co najważniejsze, wreszcie porządnie zwiedziłam te miejsca, które dotąd omijałam ledwie obrzuciwszy spojrzeniem gdybając przy tym dokąd to one mogłyby mnie zaprowadzić...
Teraz już wiem, że prowadzą nie zawsze tam, gdzie bym chciała się znaleźć :) Zdarzało się, że lądowałam na tyłach chałupy wtulonej w las, bywało i tak, że droga zataczała krąg prowadząc mnie do punktu, z którego wystartowałam albo wyprowadzała prosto w zaorane pole...tudzież kończyła się w trawie :)
Wybierane przeze mnie na chybił trafił wąskie leśne ścieżynki czy rozpasane szutrówki nie mniej często odwdzięczały się zaproszeniem do niezwykłej urody zakątków lub spektakularnych punktów widokowych.
Mam wrażenie, że ślepa byłam przez te ostatnie tygodnie, naprawdę. Po raz kolejny okazuje się, że czasami wystarczy tylko w niewielkim stopniu zmienić kąt patrzenia na dobrze znany krajobraz, by znów nas urzekł swym niezaprzeczalnym pięknem, zaskoczył świeżością, absolutną wyjątkowością.
Oj, pełno miałam dziś takich ochów i achów, a ten ostatni - widok granatowego nieba czyniącego ukłon nad spragnioną wody ziemią (z górki, na którą wdrapałam się pomiędzy Byszewami Majątkiem a Moskwą) tak mocno zapierał dech w piersiach, że na złamanie karku popędziłam w paszczę tego lwa, by zdążyć do domu zanim mnie swym sinym ozorem do suchej nitki obślini...
Udało się, dosłownie na styk, choć po drodze i tak przyliczyłam strzał z dyngusówki od jakiegoś dzieciaka biegającego pod kościołem – może za rok się zrewanżuję? ;P

Wizualizacji emtebe nie będzie z przyczyn obiektywnych (zabrałam ze sobą li tylko kliszę mózgową) ale w zamian będzie spokojniutka nutka:

O, i nawet na okładce płyty jest stojaczek na rowerki :)

ps. A Tadzin, mam nadzieję, następnym razem
ps.2 - a tego nastoletniego czuba w czerwonym aucie, który się ze mną droczył po lasach i łąkach zatrzymując się tuż przed moim kołem i ruszając tylko po to, by się po 5 metrach znowu zatrzymać, to bym...to bym kurka wodna przerobiła na wielkanocną pastę jajeczną...
Kategoria Triki (25...55)


Skołowałam 31.71 km (4.50 km teren)
01:23 h 22.92 km/h
Maks. pr.:43.70 km/h
Temperatura:20.0

Syndrom dnia po

Sobota, 23 kwietnia 2011 · dodano: 23.04.2011 | Komentarze 0

Dobrze jest się ujechać – umysł od razu bardziej przejrzysty i nie chwyta już tak kurczowo przepływających przezeń głupot. Można się cieszyć lustrzanym odbiciem :)

Uczyniłam dziś to, co się robi zazwyczaj po tym, co było dzień wcześniej, czyli w tym przypadku: po dłuższym dystansie :) Wyszedł mały Fikander snujący się po okolicznych asfaltach. Przy okazji naniuchałam receptorami noso-gardzielnymi full białego kwiecia suto oblepiającego napotkane krzaki i coś tak jakby czacha mi ciąży od tych wonności...

No i nadal jestem pod wrażeniem „RejsinRalfuf”, choć w przednim kółku słychować popiski przypominające darcie pazura po szkolnej tablicy i nie mam jeszcze pomysłu jak się z tym uporać...ale zara odpalę jutjuba i zajrzę do łajkipedyji, więc będzie gitarra ;)

A na marginesie dodam cichutko, że do pełnej skali porównawczej brakuje mi tylko trasy na Rocket Ronach, ale one są przecież Expertkowe, więc obiecuję ze skrzyżowanymi palicami, że tej świetej krowy nie ruszę ;P
Kategoria Triki (25...55)