KOTY zaś mruczą o sobie tutaj

Roczne wzloty i upadki:
Archiwalne myszkowanie:
- 2015, Czerwiec8 - 0
- 2015, Maj23 - 0
- 2015, Kwiecień15 - 0
- 2015, Marzec7 - 0
- 2015, Luty5 - 0
- 2015, Styczeń1 - 0
- 2014, Listopad2 - 0
- 2014, Październik9 - 0
- 2014, Wrzesień16 - 0
- 2014, Sierpień20 - 0
- 2014, Lipiec18 - 0
- 2014, Czerwiec14 - 0
- 2014, Maj17 - 0
- 2014, Kwiecień17 - 0
- 2014, Marzec14 - 0
- 2014, Luty6 - 0
- 2013, Listopad1 - 0
- 2013, Październik5 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień22 - 4
- 2013, Lipiec24 - 0
- 2013, Czerwiec18 - 2
- 2013, Maj25 - 3
- 2013, Kwiecień17 - 4
- 2013, Marzec4 - 0
- 2013, Luty8 - 2
- 2012, Grudzień1 - 0
- 2012, Listopad4 - 2
- 2012, Październik6 - 0
- 2012, Wrzesień13 - 2
- 2012, Sierpień20 - 6
- 2012, Lipiec17 - 3
- 2012, Czerwiec13 - 0
- 2012, Maj16 - 27
- 2012, Kwiecień21 - 10
- 2012, Marzec20 - 9
- 2012, Luty8 - 20
- 2012, Styczeń8 - 17
- 2011, Grudzień4 - 6
- 2011, Listopad8 - 4
- 2011, Październik4 - 10
- 2011, Wrzesień21 - 35
- 2011, Sierpień21 - 20
- 2011, Lipiec15 - 31
- 2011, Czerwiec19 - 54
- 2011, Maj22 - 56
- 2011, Kwiecień19 - 69
- 2011, Marzec26 - 33
- 2011, Luty12 - 17
- 2011, Styczeń11 - 11
- 2010, Grudzień2 - 3
- 2010, Listopad5 - 0
- 2010, Październik33 - 56
- 2010, Wrzesień16 - 29
- 2010, Sierpień22 - 2
- 2010, Lipiec8 - 0
- 2010, Czerwiec7 - 0
- 2010, Maj10 - 2
Skołowałam 117.59 km
(0.50 km teren)
05:14 h
22.47 km/h
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:18.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 4 dan: Vilniaus-Ignalina
Wtorek, 21 czerwca 2011 · dodano: 10.07.2011 | Komentarze 1
Vilniaus-Nemencine-Pabrade-Zalavas-Cirkliskis-Svencionys-Didziasalis-Ignalina
Ostatnie chwile w Wilnie© KOCURIADA
Dla Eve był to etap największego powera (tudzież apogeum hormonalnego tąpnięcia jakim raczyła nas któryś dzień z rzędu...si si...tego dnia to już naprawdę każdy dostał rikoszetem ;P) podczas gdy dla mnie był to czas „w gębie przeżucia i z dupy wyplucia”.
Kiepskie śniadanie starczyło raptem na 35 kilometrów mojej jazdy z resztą towarzystwa. Za szybko zaczynali, oj za szybko jak dla mnie...Ja to się jednak rozkręcam o wiele dłużej. I o wiele szybciej dostaję ssawy :)
Wyjazd z samego Wilna był dłuuuuuugi, nudny jak zajęcia z ontologii, a przez to cholernie męczący. Monotonna jazda po łuku pod górę, którą próbowałam pokonać wysoką (może nawet zbyt wysoką) kadencją ostatecznie wyssała ze mnie resztki sił. Coś tam jeszcze próbowałam depnąć, ale jakieś 7 km przed Pabrade nagle poczułam, jak mi strzela w prawej łydce rozlewając jednocześnie po całej nodze niesamowity gorąc. Próbowałam przetrzymać to ciulowe uczucie, ale po kilku minutach poddałam się zjeżdżając na pobocze. Ledwie mogłam powłóczyć zdrętwiałym kopytkiem na tzw. stronę.
Przeraziłam się nie na żarty, przez co następne kilometry pokonywałam mega-ostrożnie, z przystankami na smarowanie syry altacetem. Co prawda po dwóch dniach noga była jak nowo narodzona, ale świadomie zachowałam tę informację tylko dla siebie, bo chciałam mieć jak najwięcej radochy z pokonywania przestrzeni ;P
Ten wtorek „rozpieszczał” nas także pogodą w kratkę. Naprzemienny deszcz ze słońcem sprawiał, że dostawałam odzieżowego kociokwiku. Co dojrzewałam do zrzucenia z siebie jakiejś warstwy zaczynało na powrót kropić...
O, na przykład tutaj:

Zielone złudzenie© KOCURIADA
Plusem było to, że współtowarzysz mógł dzięki moim „widzimisiom” w spokoju uzupełnić przed Cirkliskis ilość carbo w swych organach napędowych:

Ciasteczkowy potwór© KOCURIADA
W Svencionys wymieniliśmy się meteo-impresjami z resztą ekipy, po czym oni odjechali w siną dal, a my strzeliliśmy sobie po ogrzewczej kawce.
Po tym postoju spotkał nas suuuuuper podjazd, podzielony na 3 gigantycznie wyglądające stopnie ;) Zarżałam głośno na jego widok i sięgnęłam machinalnie do „zapaski” po wafelka „Elę” ;) Jak się okazało wieczorem, reakcja Eweliny była identyczna :D
Ostatnie kilometry tego dnia wynagrodziły mi cały „ból egzystencjalny”. Otwarte przestrzenie wlewały się do oczu wyjątkową urodą:

Do Ignaliny już niedaleko :D© KOCURIADA

Uwaga, zaczynam się składać ;P© KOCURIADA
U celu podróży troszkę pobłądziliśmy nim udało się nam spotkać z „przewodniczką” znającą miejsce naszego noclegu. Jaka była ta kwatera?....no cóż, nie myślałam, że spędzę w niej aż 2 noce, ale było mi naprawdę wszystko jedno czy kibel śmierdział, czy mam poszewkę na poduszkę uszytą z ręcznika (!!!) i czy te czarne kropki na ścianach to pluskwy czy zwykłe ślady po zabitych muchach, bo marzyłam o dniu bez sakw, spędzonym właśnie w tej okolicy!
I, o bogowie, jak to dobrze, że Pan Dyplomata Lobotomik spontanicznie wypalił przy kolacji z pomysłem zmiany trasy, co oznaczało, że następny dzień każdy z nas rozdysponuje wedle własnego uznania. Dzięki!!! :D
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 148.76 km
(2.00 km teren)
05:55 h
25.14 km/h
Maks. pr.:49.50 km/h
Temperatura:18.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 3 dan: Druskinnikai-Vilniaus
Poniedziałek, 20 czerwca 2011 · dodano: 09.07.2011 | Komentarze 3
Mięsisty etap :DNajdłuższy i zarazem najszybszy, więc nie bez kozery zgodnie okrzyknęliśmy go „królewskim”, choć nadal pozostaje logiczną zagadką fakt, że moje pokładowe liczydło skróciło dystans aż o 5 kilometrów w porównaniu z wynikiem Dawka... No chyba, że to złośliwość męskiego licznika, który chciał sobie cosik wydłużyć w wyścigu do bycia samcem alfa. Nie wnikam w szczegóły ;)
Fakt faktem, że od samego ranka mocny wiatr głaskał nas pospieszająco po plecach, przez co jechało się fantastycznie. Do tego było na tyle ciepło, że wskoczyłam w krótkie gacie, a to oznacza, że NAPRAWDĘ MUSIAŁO BYĆ mocno na plusie ;) Za to w długim rękawku – z dwóch powodów.
Primo, przedednia boleśnie zjarało mnie pochmurne niebo (sic!!!), zaś „po secundo primo”: tak nieporadnie przewalałam się minionej nocy po łóżku, że poharatałam OBIE (jak ja to zrobiłam???) ręce o…aż wstyd się przyznać…ścianę :D Tylko ja jestem tak zdolna :D
Jęłam sobie zatem wyrównywać opaleniznę wydobywając przy tym z mordki słodkie pienia ;) Wokół śliczne lasy, asfalt równiusieńki, puściuteńki , a na dokładkę bocian droczący się z nami przez jakiś kilometr drogi. Tak sobie przeskakiwał z jednej strony jezdni na drugą, podlatywał i opadał dosłownie na kilka metrów przed nami, że aż serce się szybciej przekrwawiało.
Pierwszy postój uskuteczniliśmy pod sklepem w miejscowości Marcinkonys, nieopodal stacji:

Stacja kolejowa© KOCURIADA
gdzie popełniłam mały błąd strategiczny posilając się tylko batonem i owocem, który jest dla mnie najgorszym z możliwych paliw rowerowych. Mowa oczywiście o bananie, a fuj, a fe, spadaj i zgnij mośku przebrzydły! Obijał się w moich trzewiach wielkim bekaniem przez kilka kilometrów, a pary z niego wycisnęłam mniej niż z jednego słonego paluszka. Jak się można domyślać, zaczęłam znowu odstawać, co mnie rozzłościło, albowiem plan był zgoła inny :P
Toczywszy się w stronę Vareny podjęłam jedyną słuszną decyzję – zaczęłam desperacko wsysać żelka dokonując tym samym swoistego rozdziewiczenia żołądka. Pierwszy w życiu, więc podeszłam do tematu z „pewną nieśmiałością” , bez większych nadziei na poprawę. Jak się okazało, ten mały niepozorny żelinio włączył mnie na tyle szybko i sprawnie, że drugą połowę trasy połknęłam bezproblemowo, energetyzując się tylko 1 jabłkiem, co uczyniłam na krótkim postoju przy wielkim kamorze przed Matuizos. Stoimy, posilamy się spokojnie a na naszych oczach niebo zaczyna coraz ciemniej kołtunić chmury…każdą przerzutką, każdym blokiem, każdą linką czujemy, co to oznacza, więc naprędce zwijamy manele i chodu! Oby do przodu! To był widowiskowy odcinek trasy, z groźnymi chmurami pędzącymi w naszą stronę.

Ucieczka przed deszczem...© KOCURIADA
Każdy cisnął ile mógł, lecz tylko Siekowi udało się uciec przed gradem! GRA_DEM! Tego się nie spodziewałam!!! Bycie ustawionym pod ścianą kostek lodu wielkości dobrze wypielęgnowanego paznokcia, walących z nieba na nieosłonięte ciało, nie należy do przyjemnych…Zapewniam. Do tej pory mam na udach 2 krwiaki, o siniakach, które schodziły po tej przygodzie przez 3 dni nawet nie wspomnę (o! a jednak wspomniałam :P).
Podsumowując: było ciekawie. Jestem masochistką, więc lubuję się w takich ekstremach :)
Grad ustąpił miejsca silnej ulewie, którą przeczekaliśmy w lesie za Valkininkai. Poza tym trzeba było się odziać w cokolwiek suchego :)
Resztę trasy jechałam utrzymując całkiem niezłe tempo, bo w tak zwanym pociągu, przez co niestety niewiele pamiętam :( Jedynie przejazd przez polską wieś Baltoji Voke, za którą jakieś chamidła w starym oplu postanowiły pokazać , gdzie nasze miejsce (czyli na poboczu), a tak to nic ino zmieniające się przede mną tyłki, sakwy, kolory bluzek, opony wąskie lub szerokie, błotniki lub nie. Wiem wiem, takie rozwiązanie jest bardzo wygodne, ale zarazem tak koszmarnie frustrujące, że już wolę mieć innych w zasięgu wzroku, ale jednak hen przed sobą.
Przed samym Wilnem poczułam prawdziwy głód a na horyzoncie pojawiły się podjazdy. Odpuściłam sobie gonitwę, dzięki czemu mamy, jak to się na bs pisze, taką oto „słit focię”:

Radosne wileńskie cmokanie :)© KOCURIADA
Pokręciliśmy się trochę w te i nazad zanim wybraliśmy prawidłowy wjazd do centrum, pokonaliśmy fajny dupny podjazd, a sam transfer sakw przez miasto do starówki podminowywał mnie na każdym metrze, przypominając jak bardzo nienawidzę skupisk wielkogabarytowych odrapanych artefaktów. Dobrze, że obiad spożyliśmy w miłym otoczeniu, bo dosłownie naprzeciwko białej Katedry, w ogródku indyjskiej restauracji. Było drogo, jak przystało na królewskie miejsce i królewski etap, ale sam posiłek też był godzien podniebienia władców, więc nie pisnę nań ani jednego złego słowa. Chętnie pochwaliłabym się w tym miejscu wypasionymi zdjęciami, ale siedziałam tyłem do katedralnego placu – zahipnotyzowana kuflem:

W oczekiwaniu na Tikka Masala© KOCURIADA
A poza tym nie chciało mi się po raz setny z rzędu uwieczniać miejsc znanych z poprzednich wypadów. Zatem piciu, papu i hop na kwaterę położoną bliziutko starówki. I tutaj mały pogodowy surprise – na kilkadziesiąt metrów przed celem dopada nas kolejny grad, a właściwie gradzik. Pan Pikuś :)
Wynajęty przez nas „domek holenderski” pozostawiał wiele do życzenia. Przywitały nas ścianki z dykty, przestrzeni brakowało prawie na wszystko, jak to w przyczepie, za to kible były aż dwa (doprawdy, pocieszające…) . Chyba nie skłamię pisząc, że tylko Lobotomik był szczęśliwy mogąc spełnić swoje marzenie o campingowym życiu…
W takich warunkach nie było mi spieszno do czegokolwiek, więc dostałam od losu ponad 2 godziny samotności, gdy reszta ekipy polowała w pobliskich sklepach na produkta kolacyjno-śniadaniowe.
Suuuuuper :)
Dzień zakończyły niepoważne rozmowy przy piwku oraz smakowitym:

tudzież alternatywne oczekiwanie na sen ;)© KOCURIADA
Było łosiowe, nie do końca skoordynowane, głaskanie się po napasionym brzucholu, rozkminianie słowa Kuper, kiełbasiano-ogórowa wyżerka, rozwieszanie mokrych ciuchów gdzie popadnie i oczywiście fotografowanie najmikrejszego z pokoików, który przypadł w udziale staremu dobremu małżeństwu. Och, jakże słodko się nam spało w domku dla lalek:

Mały Ludzik w małym pokoiku zapada w mały sen© KOCURIADA
Gorąco wpółczuję Zalepom, albowiem budziłam ich waleniem w ścianę (łokciem, kolanem a nawet głową) za każdym razem, gdy próbowałam zmienić pozycję na moim dziecięcym łóżeczku. Gdybym wybrała miejscówkę Łosia pewnikiem wybiłabym szybę w mikro-oknie ;P
Aaaaaa, no i jeszcze jedno było w tej noclegowni rozbrajające: w większej łazience , tuż obok muszli klozetowej znajdowały się drzwi prowadzące do…szafy, która stała w sypialni Zalepów.
Taki mały myk na okoliczność przyjmowania kochanka - obłęd :)))))))))))))))))))))
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 91.27 km
(8.00 km teren)
03:55 h
23.30 km/h
Maks. pr.:46.50 km/h
Temperatura:20.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 2 dan: Żegary-Druskinnikai
Niedziela, 19 czerwca 2011 · dodano: 08.07.2011 | Komentarze 2
Żegary-Halina-Salos-Lazdijai-Veisiejai-Kapciamiestis-Viktarinas-Leipalingis-DruskinnikaiDrugiego dnia poranek przywitał nas smętną mżawką nad zasmuconą taflą jeziora:

Pożegnanie z Żegarami© KOCURIADA
Okrążywszy wodę sporą łachą szutrów (z dnia na dzień doceniałam je coraz bardziej! :D) przekroczyliśmy granicę polsko-litewską w bliżej nieokreślonej, zapomnianej przez cały świat dziurze. Najnowszym, najbardziej błyszczącym elementem tego krajobrazu była tablica z napisem „Lietuvos Respublika” - całą sobą drwiąca z biednego otoczenia. Krajobrazy jednak wręcz ociekały lukrem plejady roślin nie do spotkania po polskiej stronie, co wynagradzało widok wplecionych w tę śliczną naturę nędznych drewnianych chat, zapadniętych i z dawna opuszczonych. W ogóle cała Litwa tak właśnie zaryła się w mej pamięci: naturalnie pięknie i kosmicznie biednie, aczkolwiek nadzwyczajnie czysto :)
Po uzupełnieniu zapasów w łoździejskim „superasmarketai”:

Koń pod Iki czeka na ludziki...© KOCURIADA
ruszyliśmy całym stadem w stronę Druskiennik, lecz asfaltowe górki pokonywałam na tyle niefrasobliwie (zmora moich sztywnych poglądów! ;P), że szybko odpadłam, a ze mną lojalnie został także Łoś. I się dopiero zaczęło...otrzymałam gigantyczny paternoster za jazdę na zbyt wysokich przełożeniach. Palnęliśmy sobie z tej okazji kilka „schabowych dobrze rozbitych” w szprychy, po czym zmieniłam trasę skręcając w pole. Ładne było, a ja musiałam koniecznie zerwać się z postronka, by ocalić w sobie resztki człowieczeństwa :P

Skręcam gdzie nie trzeba© KOCURIADA

Chwila wolności© KOCURIADA
Oki doki, iki tiki tak...odetchnęłam pełną piersią, popatrzyłam na szybującego tuż obok mnie drapieżnego ptaszora, po czem wróciłam pokornie na asfalt stwierdzając „A zauważyłeś, że ta 8 pociąga za sobą DWÓJECZKĘ piiiiipiiiiiipiiiiiiiiip????????”
Tak, o-pe-er był niesłuszny, ale dzięki niemu całą resztę wyjazdu miałam już w tym temacie święty spokój i wypracowaliśmy, zdaje się, całkiem fajny kompromis współpodróżowania. A polegał on między innymi na tym, że zatrzymywaliśmy się kiedy tylko tego potrzebowałam, czyli z głodu, z chłodu lub dla czystej frajdy, jak na przykład tutaj:

Moment relaksu, tak lubię :)© KOCURIADA

Stretching© KOCURIADA
A to był zwyczajny przyszkolny park dydaktyczny nazwany Vaikystes Sodas (z angielska „The Garden of Childhood”) – u nas takowych nie zoczysz, co opatrzę komentarzem fotograficznym:

Myśli, myśli, myśli...© KOCURIADA
Po skręcie w prawo w miejscowości Veisiejai droga zaczęła ciekawie meandrować a wiatr boczny przeszkadzać ;P Chcieliśmy mieć ten etap jak najprędzej za sobą, więc dosłownie tylko na moment zatrzymaliśmy się przy sklepie w Kapciamiestis, pod którym Zalepińscy plus Lobotomik nawadniali ciała złotym płynem.
I się w końcu do-pedałowaliśmy: wiatru w plecy, pięknych białych koni pasących się leniwie na poboczu i pierwszego na tej wyprawie spierdalamento-sprintu przed litewskim kundlem. Dobrze, że było ciutkę z górki, bo sakwy były prawdziwą kulą u nogi w pierwszych sekundach przyspieszki ;)
Przed Druskiennikami pojawiły się nieco większe przewyższenia co mnie znowu rozleniwiło (cały czas kołatała w mej głowie myśl o ilości kilometrów, które jeszcze przede mną, hehe), zdążyliśmy minąć z pozdrowieniem 2 profi-bajkerów i już mieliśmy na kole Sieka, któremu zachciało się tempówki, więc niecnie przerobił nas na zajęczy pasztet. Po wjeździe do przygnębiającego miasteczka uzdrowiskowego zajechaliśmy od razu pod Iki, do którego chłopaki udali się w celach wiadomych, zaś ja pilnując rowerów obserwowałam poczynania małej rowerzystki. Cała była w różowościach, a ilością machnięć głową w prawo i lewo przed włączeniem się do ruchu wprawiła mnie w prawdziwe zdumienie:

Litewska rowerzystka© KOCURIADA
Po ochędożeniu się na kwaterze uderzyliśmy w miasto na poszukiwanie dobrego jadła. Ścisłe centrum Druskiennik zatarło moje pierwsze przykre wrażenia, główny deptak wyglądał niczego sobie, z wielce inspirującymi rzeźbami:

To zdjęcie nie potrzebuje tytułu© KOCURIADA
a obiad w „Sicilia” był pyszny. Do tego testowanie piwa nad jeziorem i telewizyjny bubel z zakochanym Czesiem otwierającym się na przestrzeń partnerstwa. Czy można bardziej „nakruszyć szczęściem?” :D:D:D:D:D
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 98.21 km
(7.00 km teren)
03:57 h
24.86 km/h
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:19.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 - 1 dan: Okliny-Żegary
Sobota, 18 czerwca 2011 · dodano: 07.07.2011 | Komentarze 4
Okliny-Wiżajny-Rutka Tartak-Becejły-Szypliszki-Smolany-Krasnopol-Wigry-Pogorzelec-Sejny-ŻegaryTysiak kołami się potoczy, nie inaczej. Taki miałam żelazny pomysł na Litwę.
O ile majowe Karolinki z założenia były obozem kondycyjnym, tudzież pokazem zapasu mej mocy, o tyle czerwiec był snem o 3 statecznych zerach, wypracowanych w miarę jednostajnym tempem, bez niepotrzebnych zrywów, które mogłyby przełożyć się na ewentualne kontuzje (vide pokarolinkowe problemy Lemura, czy Eve na Borderlands), bo tego bym doprawdy nie zniesła, do rzyci i maci paskudnej! Jak się w praniu okazało, z różnych względów musiałam jednak wykazać się pewną elastycznością, ale od czego ma się ten swój zakuty logistyczny łeb, czyż nie? ;P Plan ostatecznie wykonałam ;P Dawko kocha, więc wybaczył przereklamowaną sprawę prawej łydki, do czego przyznałam się na ostatnim etapie, bo zaskakujące było, że z każdym dniem zamiast czuć się gorzej, było mi dziwnie dobrze na ciało-duszy :)
Jestem prze- oraz naj- szczęśliwa, wypoczęta, z dużą rezerwą świeżości w kopytach po tych 9 dniach, a wrażeń z wyprawy panoszy się we mnie co niemiara :)))))))
A pierwszy dzień był taki, że po tygodniowej zrypie i totalnym braku snu, który to stan uwieczniony został przez Lobotomika podczas „sytnego śniadania” (nie wyrażam zgody na publikację!!!), niecierpliwie czekały na mnie suwalskie hopki.

Godzina zero wybiła© KOCURIADA
Jak za każdym razem, przodownicy pracy już na początek zapodali mocniejsze tempo niźli bym chciała, do tego doszła mozolna wspinaczka, od Roweli do Rutki przemieniająca się w cudnie szybki zjazd w becejłowskie lasy.
I krótki postój w Szypliszkach, gdzie niektórzy wyraźnie dawali do zrozumienia, że popas mógłby być jeszcze krótszy, albowiem najbardziej głodni są kolejnych kilometrów. Najwyraźniej gips zmienia człowieka (liczę, że na zawsze :P):

Wyjazd inaczej?© KOCURIADA
Po kolejnej porcji leśnych klimatów, które mimo deszczowej pogody (ups, wygadałam się chyba przedwcześnie...) wydawały się soczyście urocze, dojechaliśmy do klasztoru w Wigrach. Tutaj zabawiliśmy dłużej:

Wieża widokowa w Wigrach© KOCURIADA

Wigry© KOCURIADA

Nawet chciałam klęknąć...© KOCURIADA

Łazimy, odpoczywamy...© KOCURIADA
Rozmowa o sejnieńskich przysmakach ostatecznie przyspieszyła dalszą część podróży, oczywiście po kotłujących się falach asfaltu, centralnie pod wiatr. Ledwie zdążyliśmy dopaść misek, a za oknem z nieba luuuuu...przez ponad godzinę, co zwieńczyła ładna pani Tę:

To znak, że zrealizuję swój plan ;P© KOCURIADA
Jeszcze tylko ekspresowy spacer po schnących Sejnach:

Mokre Sejny© KOCURIADA
przetransportowanie dupsk do domku nad jeziorem w Żegarach, bezsensowne czekanie na ciepłą wodę w termie, wieczorne dywagacje na temat wyższości zniewalającego zapachu krowy nad obezwładniającą wonią końskiego grzbietu (się kuźwa działo, czyż nie? ;P), po czym zapadliśmy z Łosiem w zbawienny sen (WRESZCIE!!!), podczas gdy reszta ekipy szlajała się po okolicy do północy. I tekst: „E, dzieciaki, a jutro pogoda będzie...lepsza” uznałam za wkierwiający acz cenny. Wtedy, bo teraz już tylko wkierwia i śmieszy zarazem :D
Aha, i jestem zażenowana brudem jaki zostawiliśmy po sobie w tej całkiem miłej miejscówce. Mosty zostały spalone. Na drzwiach z pewnością zawisła tabliczka: „Rowerzystów z Łodzi nie obsługujemy”.
Kategoria Yogus (55...)
Kto przebije taki dystans? ;P
Piątek, 17 czerwca 2011 · dodano: 17.06.2011 | Komentarze 2
No i można jechać, bagażnik zamontowany, sakwy w końcu zapełnione mnóstwem rzeczy niepotrzebnych, krótki test przerzutkowo-hamulcowo-siodełkowo-ustawieniowy is done :)Sija lejter aligejter :D
Lietuva welcome to!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Kategoria Puma (...25)
Skołowałam 36.88 km
(14.00 km teren)
01:35 h
23.29 km/h
Maks. pr.:42.30 km/h
Temperatura:24.0
"Przez łąki i knieje Svyturys się do mej paszczy śmieje"
Wtorek, 14 czerwca 2011 · dodano: 14.06.2011 | Komentarze 10
A w główce same pytajniki, same wykrzykniki, logistyczne glisanda, sraj-taśmy ostatnich zakupów, proste myśli o bolesnej depilacji i masażu tyłka po całym dniu jazdy w warunkach pogodowych wszelakich, a także to:„Litwo! Ojczyzno Miłosza,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
kto Cię w 9 dni przejechał”
Lecz zanim to nastąpi proponuję współtowarzyszom poćwiczyć co następuje:
&feature=related
Kto rozumie przekaz słowny? ;P
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 27.68 km
(5.00 km teren)
01:04 h
25.95 km/h
Maks. pr.:41.54 km/h
Temperatura:25.0
"Zapomniałem"
Poniedziałek, 13 czerwca 2011 · dodano: 13.06.2011 | Komentarze 2
Dobrze mieć wielbiciela, który zadba o odpowiedni poziom emocji przydatny do podkręcenia treningowej śrubki. Magia czasownika.
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 64.46 km
(11.00 km teren)
02:45 h
23.44 km/h
Maks. pr.:44.77 km/h
Temperatura:25.0
Wiejo wiatry wiejo, piejo kury piejo (bo ni mo koguta)
Niedziela, 12 czerwca 2011 · dodano: 13.06.2011 | Komentarze 2
&feature=relatedKobieta na rowerze wspinająca się po kamorach w tempie allegro to w Łodzi jednak niecodzienny widok.
Kobieta na rowerze zjeżdżająca po kamorach w tempie presto to już prawdziwe rozpasanie.
Dziękując za atencję przepraszam, żem buc, ale jeżdżę z watą w uszach.
Bez względu na pogodę, więc właściwie nie wiem po co te korki…
No chyba, żeby lepiej słyszeć własny krwiobieg. To się rozumie samo przez się :D
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 53.99 km
(5.50 km teren)
02:12 h
24.54 km/h
Maks. pr.:45.21 km/h
Temperatura:22.0
Zakręcona na amen
Sobota, 11 czerwca 2011 · dodano: 13.06.2011 | Komentarze 2
Jak słoik miodu Eucaliptusowego. Rozmarynowego. Albo lawendowego, mniam mniam :) Zacukrzona, bo się nie mogę doczekać Lietuvy :PTrening rozpięty na placu zabaw pomiędzy Łagiewnikami, Strykowem a Brzezinami.
ps. Kolejna porcja Mel de Eucalipto w drodze do mojego pyska! Nie ma to jak pozytywne uzależnienie ;P
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 19.77 km
(0.50 km teren)
00:49 h
24.21 km/h
Maks. pr.:45.61 km/h
Temperatura:22.0
Wu-De
Wtorek, 7 czerwca 2011 · dodano: 07.06.2011 | Komentarze 0
The air has filled me head-to-toe:Dystans w rozmiarze s, bo wszystko to, co akuratnio do jazdy jest niepotrzebne z samego rana wybujało we mnie do romiaru XXL, czyli jestem w nastroju nieprzysiadalnym.
Jechało się przede wszystkim pod wu i uciekało przed de. Nie udał się komuś tam na górze ten pogodowy chów, lecz koniec końców z obojgiem narowów wygrałam.
Czyli nici z regeneracji po Popielawach.
No to poproszę coś na fazę wyparcia, zadowoli mnie nawet W-D 40.
Kategoria Puma (...25)



