KOTY zaś mruczą o sobie tutaj

Roczne wzloty i upadki:
Archiwalne myszkowanie:
- 2015, Czerwiec8 - 0
- 2015, Maj23 - 0
- 2015, Kwiecień15 - 0
- 2015, Marzec7 - 0
- 2015, Luty5 - 0
- 2015, Styczeń1 - 0
- 2014, Listopad2 - 0
- 2014, Październik9 - 0
- 2014, Wrzesień16 - 0
- 2014, Sierpień20 - 0
- 2014, Lipiec18 - 0
- 2014, Czerwiec14 - 0
- 2014, Maj17 - 0
- 2014, Kwiecień17 - 0
- 2014, Marzec14 - 0
- 2014, Luty6 - 0
- 2013, Listopad1 - 0
- 2013, Październik5 - 0
- 2013, Wrzesień9 - 0
- 2013, Sierpień22 - 4
- 2013, Lipiec24 - 0
- 2013, Czerwiec18 - 2
- 2013, Maj25 - 3
- 2013, Kwiecień17 - 4
- 2013, Marzec4 - 0
- 2013, Luty8 - 2
- 2012, Grudzień1 - 0
- 2012, Listopad4 - 2
- 2012, Październik6 - 0
- 2012, Wrzesień13 - 2
- 2012, Sierpień20 - 6
- 2012, Lipiec17 - 3
- 2012, Czerwiec13 - 0
- 2012, Maj16 - 27
- 2012, Kwiecień21 - 10
- 2012, Marzec20 - 9
- 2012, Luty8 - 20
- 2012, Styczeń8 - 17
- 2011, Grudzień4 - 6
- 2011, Listopad8 - 4
- 2011, Październik4 - 10
- 2011, Wrzesień21 - 35
- 2011, Sierpień21 - 20
- 2011, Lipiec15 - 31
- 2011, Czerwiec19 - 54
- 2011, Maj22 - 56
- 2011, Kwiecień19 - 69
- 2011, Marzec26 - 33
- 2011, Luty12 - 17
- 2011, Styczeń11 - 11
- 2010, Grudzień2 - 3
- 2010, Listopad5 - 0
- 2010, Październik33 - 56
- 2010, Wrzesień16 - 29
- 2010, Sierpień22 - 2
- 2010, Lipiec8 - 0
- 2010, Czerwiec7 - 0
- 2010, Maj10 - 2
Skołowałam 54.34 km
(15.00 km teren)
02:18 h
23.63 km/h
Maks. pr.:42.70 km/h
Temperatura:25.0
RMŁN
Środa, 13 lipca 2011 · dodano: 13.07.2011 | Komentarze 0
Rower Mnie Ładnie Napędza do bycia w życiu tym, więc rankiem Robota, a po niej Manufa, Łagiewniki i Nowosolna.Wycinkowo z pomocą Experta od profesjonalnego pilnowania Jakubka i walki z napierającym na nas synem tytana Astrajosa i tytanidy Eos (Jakieś wątpliwości? ;P Tak, wiało nam przednio w ryło :D)
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 32.91 km
(3.50 km teren)
01:21 h
24.38 km/h
Maks. pr.:44.77 km/h
Temperatura:23.0
Target: Odebrać Łosia ze spotkania z Lobo
Wtorek, 12 lipca 2011 · dodano: 12.07.2011 | Komentarze 3
Jako skromny obserwator wiekopomnego wydarzenia jakim z pewnością jest mentalny powrót do liceum, powiem Wam szczerze, że żadna, ale to żadna świętość nie uchowa się przed naprutymi w sztok rumburakami. Zwłaszcza, jeśli są uzbrojeni w Endomondo.O, proszę, żeby nie było żem gołosłowna - główną atrakcją dnia było szczytowanie po kamienistym zboczu:

Rumburaki w akcji© KOCURIADA
Oj, oby tylko te harce nie odbiły im się większą czkawką niźli ta popiwna...
Poza tym Yogus zasadził pawia w rowerowe buty. Nie moje :D
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 28.35 km
(2.50 km teren)
01:06 h
25.77 km/h
Maks. pr.:47.19 km/h
Temperatura:18.0
Se a sobie a se
Poniedziałek, 11 lipca 2011 · dodano: 11.07.2011 | Komentarze 2
Se pojeździłam.Duchotą krzywdę sobie zrobiłam.
Wracałam se pod wiatr.
A The XX mogłabym słuchać godzinami:
&feature=related
:)
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 60.57 km
(8.00 km teren)
02:48 h
21.63 km/h
Maks. pr.:41.92 km/h
Temperatura:26.0
Gej & Gaj z przybocznym Testerem Nowych Ścieżek
Sobota, 9 lipca 2011 · dodano: 09.07.2011 | Komentarze 0
Czysta przyjemność jazdy w towarzystwie babiszona-oszołoma, któren1. przebiegł 100 kilometrów w górach,
2. o dziwo przeżył „ścieżkę śmierci”,
3. a nawet wygrał z resztą zawodniczek,
4. by na koniec podarować organizatorom 2 tysie, bo się spieszył na wesele.
Co za gest!!!!!!!!
Po wysłuchaniu powyższego mój litewski tysiak zrobił się blady jak odarta z pierza kwoka ;P

gdzieś za Gajem© KOCURIADA
Spotkałyśmy się oczywiście na Geja, następnie nowymi ścieżkami uderzyłyśmy do Gaju, po minięciu którego popluskałam sobie dla ochłody nóżkami w brodzie :) Powrót przez Koluszki, Gałkówki oraz "płaski Wiączyń".

Widoczek© KOCURIADA
ZAJEBIŚCIE RELAKSUJĄCY WYPAD :D:D:D
Wybaczam Przybocznemu Testerowi spitoloną średnią dziękując tym samym za udaną sesję odwykową ;P
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 27.52 km
(2.50 km teren)
01:01 h
27.07 km/h
Maks. pr.:43.92 km/h
Temperatura:27.0
Miejsca na M
Czwartek, 7 lipca 2011 · dodano: 07.07.2011 | Komentarze 0
Nieustająco jestem pod wrażeniem absolutnie najfantastyczniejszego koncertu tegorocznego Openera:&feature=relmfu
Powrót na stare ścieżki po tysiaku litewskich kilometrów (AJ RILI DYD YT!!!!!!).
Tutaj zarosło, tam tylko nieco przystrzyżone, gdzieniegdzie nowe ubytki bitumiczne = słit syf w ojczystym wydaniu :)
Jakubek skrzeczy i piszczy, ale there’s no limit to my love :)
Kategoria Triki (25...55)
Skołowałam 130.15 km
(1.50 km teren)
05:55 h
22.00 km/h
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:18.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 9 dan: Kaunas-Okliny
Niedziela, 26 czerwca 2011 · dodano: 24.07.2011 | Komentarze 0
Kaunas – Garliava – Mauruciai – Skriaudziai –Purviniske – Gavaltuva – Antanavas – Pilviskai – Vilkaviskis – Graziskiai – Vygreliai – Sudawskie – Wiżajny – OklinyOstatni odcinek serialu z biblijnym cytatem w tle :)
Miał to być dzień błękitu, na przekór szarudze, jaka na dobre rozpanoszyła się za oknami naszego małego ciepłego em usytuowanego na parterze jednego z wielu kowieńskich beton-wieżowców. Powyciągałam w związku z tym wszystkie części mego niebiańskiego lajkrowego stroju, zaczęłam się w nie ochoczo wturliwać i wtem zza węgła wyskakuje Dawko dzierżący w dłoni żółty fraczek.
-„Dla mnie?” (ja – z miną podduszonego dekla)
-„a dla kogo, mój Ty liderze?” (on – z bananem rozciągniętym w poprzek twarzoczaszki)
Po takiej odpowiedzi przyłapałam samą siebie na „niegrzecznych myślach”:
Totalnie nie współgrał mi ten „kulor” z resztą uniformu, ale z drugiej strony….hmmm…być liderem? Wjechać triumfalnie do Polski? Czemu nie :P
Bardzo się cykałam, że nic z tego nie wyjdzie, zwłaszcza jeśli wypompują mnie na rozgrzewkowej trzydziestce. Do tego Lobo nie ukrywał, że ma identyczne zakusy na pierwszeństwo wjazdu do ojczyzny…w starciu z tytanem nie miałam żadnych szans.
Zakończyłam więc pospiesznie swe „niewczesne rozważania”, bez przekonania założyłam „wdzianko-przegranko” i posłusznie wpisałam się w peleton…w szary koniec peletonu :)
Początkowe tempo takie jak zwykle, jednak tym razem naprawdę skoncentrowałam się na oddychaniu przeponowym, co zaczęło owocować względnie niskim poziomem zasapania ;P
Nieoczekiwanie pogoda przyszła w sukurs moim planom - „wydymając się” na naszą zgraję ile tylko wlezie, trochę z boku, więcej w twarz. Jedyny moment prawdziwego osłabienia dopadł mnie tuż przed pierwszym postojem, gdzie pod zamkniętą kawiarnią schowaliśmy się przed deszczem. Potem było coraz lepiej - mimo przeciwności losu :P
A fatum było całkiem pokaźnych rozmiarów:
Po skręcie w Purviniske, do którego troszkę dociągnęłam chłopaków (E⪙ udali się w krzaki jakieś 4km wcześniej), Sieku wypruł jak strzała, podczas gdy dream team w składzie Łoś i ja wpadł do sklepu wyczyścić półki z coca-coli…której zbrakło!
„Noż kukaracza! Przegram z kretesem???”
Przed nami był 17-kilometrowy odcinek jazdy centralnie pod wyciupisty wiatr - kawał prawdziwej mordęgi, bośmy ledwie kręcili średnią 20 z hakiem. Na tymże fragmencie zaczęła mnie mentalnie uwierać żółta koszulka O..O
Co prawda, Lobo przestał majaczyć na horyzoncie, ale byli jeszcze doganiacze, którym należało zwiewać sprzed kół, więc zaczęłam wychodzić partnerowi na krótkie intensywne zmiany.
„Może się uda?”
I tak zostało do końca dnia: „Uda się, nie uda się, uda się, nie uda się, ale komu psia kufa ma się udać, jak nie mnie?”
Nakręciłam się do tego stopnia, że deszcz przestał mnie cokolwiek obchodzić (sorki Łosiu, ale trza było nie wywoływać wilka z lasu ;P). Tylko burza z piorunami na wyjeździe z Vilkaviskis ostudziła moje zapędy na jakieś pół godzinki ;) Schroniliśmy się pod rzędem drzew przy głównej trasie, odczekaliśmy aż się niebo opamięta, przebraliśmy w suche ciuchy na oczach połowy miasta i chodu, bo nie chcę tracić czasu ;P
Pracujemy zawzięcie, a wokół cudna pogoda, strasznie prażyło po plecach!
Ledwie co zdążyłam podeschnąć przez te kilka marnych kilometrów i….
ło, znowu to:

Z takimi nie wygrasz :)© KOCURIADA
Anioły nie dawały odpocząć, najwyraźniej dzień wcześniej poszło tam na górze za dużo Svyturysa :P

Z tymi też© KOCURIADA
Ale co tam, niesamowicie dobrze zrobiło się na duszy, niby lało jak z cebra, a powietrze było jednocześnie tak świetliste, że patrząc jak wielkie krople deszczu odbijają w sobie cały świat, rżałam z zachwytu niczym koń w galopie :D I nie przestawałam pedałować.
„Oby tylko wrócić do ojczyzny”
W Vygreliai powinnam zatrzymać się nad tym cudnym szmaragdowym jeziorem i podziękować jego Pani za opiekę. W końcu i moje imię wywodzi się z wodnej rodziny :)
Obiecałam jednak, że w przyszłym roku wrócę w tamte strony naprawić swój błąd :)
Po wjeździe do Polski poczułam ogromną ulgę, jakbym narodziła się na nowo. Sudawskie okazało się przepiękne! Kocham ten nasz zahukany kraj (choć miast nadal nienawidzę ;P), a po osiągnięciu punktu zbiórki w Wiżajnach padłam jak kawka.
Zaraz po tym, jak się okazało, że dziwnym zrządzeniem losu, WYPRZEDZILIŚMY SIEKA!!!!!!
Zatem ostatni zostali pierwszymi.
Taaaak, nie wybielam się, nie kłamię, więc skonstatuję, że cieszy mnie ten stan: ciężki jak cholera rower, wygranie etapu i ja :)
Koniec przygód opętanej logistyką Kocuriady.
Za całokształt dziękuję całej ekipie, że znowu dali mi w kość, Dawkowi za ocean cierpliwości, a najwięcej moim szarym eminencjom, prawdziwym bohaterom tej wyprawy, czyli siedmiomilowym Szit-butkom:

Heroes© KOCURIADA
Oj, zapomniałabym - to także Wasz sukces, moje super komfortowe żelowe wkładeczki :P
W 9 dni pokonałyście 1039, 38 kilometrów.
Jestem z Was dumna :D
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 120.51 km
(18.00 km teren)
06:01 h
20.03 km/h
Maks. pr.:46.50 km/h
Temperatura:19.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 8 dan: Kernave-Kaunas
Sobota, 25 czerwca 2011 · dodano: 22.07.2011 | Komentarze 0
Kernave – Musninkai – Juodonys – Liukomys – Upninkai – Jonave – Cinciai – Bategala – Draseikiai – Lapes – KaunasOj, zaryje się w mej pamięci ten dzień na dłuuuuugie lata.
Przygód nadszedł czas:

Bye bye Baras© KOCURIADA
Na wyjeździe z Kernave nie mogliśmy odmówić sobie sesji zdjęciowej z widokiem na pozostałości po siedzibie wielkich książąt litewskich:

litewska Troja - Kernave© KOCURIADA

Zachwyt in flagranti© KOCURIADA

Kernave© KOCURIADA

Lobo foci...© KOCURIADA
Troszkeśmy się chiba zapomnieli ;P
Aby obrać właściwą trasę na Kaunas, trzeba było wrócić do Musninkai, z wiadomej przyczyny obdarowującego nas podjazdem z gatunku „obiecujących”.
Podziękowałam dobrym duchom tej okolicy, gdy okazał się niezbyt dokuczliwy dla nie-do-końca rozgrzanych wielogłowych mięśni ud.
Niedługo po nim wtoczyliśmy bajki na szutrówkę, na którą wjechałam ostatnia, co mnie deczko przeraziło, albowiem poznałam już tajniki jazdy terenowej na tyle intensywnie by mieć pełną świadomość tego, jak trudno odrabia się straty na gruncie...więc się spięłam, by mnie nie pożegnali :) Początkowo starałam się po prostu dobrać najodpowiedniejsze przełożenie, lecz po krótkim odcinku asfaltowym przez wieś Liukomys, a także świetnym rozpędzeniu peletonu przez Lobotomasza, poczułam w swym organizmie nadnaturalne stężenie midichlorianów - oj, procentowało to pyszne obfite śniadanie, procentowało! ;P Pogalopowałam więc wychodząc ludkom na prowadzenie (no proszę, dałam kolejną zmianę na tej wyprawie :D).
Słońce dawało po twarzy a wiatr po kościach, ale płynące krajobrazy, kołujące nad głowami drapieżniki, nade wszystko zaś myśl o tym, że to przedostatni dzień powrotu do domu, kroiły me serce na kawałki i rzucały Litwie na pożarcie. Kilka z nich zostało tam na zawsze, więc będę musiała kiedyś po nie wrócić...
W Upninkai zaopatrzyliśmy się w porcję kalorii. Ku wielkiemu zaskoczeniu na sklepowej półce znalazłam Ozone – energy drink łódzkiego pochodzenia. Tak miły akcent wchłonęłam bez najmniejszego namysłu, a przydał się bardzo (tak sobie oczywiście wmawiam), bo zaraz za miejscowością uśmiechał się do mnie dupny podjeździk :)
Jeszcze na długo przed Jonave rozdzieliliśmy się na 2 grupy, w stosunku 2:3.
Ło matko, gdybyśmy tylko byli mądrzejsi nie robiąc tego cośmy uczynili, prawdopodobnie dojechałabym do Kowna bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. A tak, w samym Jonave nie skręciliśmy z Łosiem w lewo, tylko radośnie odbiliśmy w prawo pokonując najwredniejszy i najbardziej stromy asfaltowy pagór w ciągu całego wyjazdu…ale to nie koniec. Na szczycie zakapowaliśmy, że kierunki rozjeżdżają się nie tak jak trzeba…
Korzystając ze wskazówek „jonavian” (?) przebrnęliśmy przez kolejną dawkę terenu (że niby taki skrót wyprowadzający na dobrą drogę, hehe), na którym poczułam przez chwilkę jak konikowe koła dziwnie zatańcowały. Nic to, wpisałam to wrażenie na konto rozcentrowania kół i zapomniałam o problemie, tym bardziej, że znowu mieliśmy przed sobą gładki jak stół asfalt.
Ale kurka, co mi się zaczęło fatalnie jechać...Patrzę na rower – wszystko git. Medytuję nad sobą – czuję się wyśmienicie. Może jadę pod wiatr???? Robiąc dobrą minę do złej gry męczyłam kilometr za kilometrem, nie mogąc wydusić średniej powyżej 22km...na płaskim :(
Dawid zarządził częste, aczkolwiek króciutkie postoje, oszczędzając przy tym gadki na temat mojej niedawnej zapierniczanki...
A ja nic tylko kutwaszę się w sosie wewnętrznych wątpliwości i ciągnę z flachy na potęgę.
W skądinąd pięknych okolicznościach przyrody:

Jeszcze się nie domyślam...:)© KOCURIADA
Przed zasiedloną przez stado saren Bategalą wyprzedza nas Siek.
Na postoju, po pokonaniu kilkustopniowej hopki, widzę jak mija nas E&elS;.
Ostatecznie strzela mi żyłka pierdząca, bo nie rozumiem, co się dzieje, a tego właśnie nie lubię najnajnaj: ciemności doświadczania...
No żeby mnie wszyscy zrobili w bambuko na 20 kilosów przez samym Kownem???
Mada faka sraka ptaka!
Dawko nakazał mi półgodzinne siedzenie pod sklepem w Draseikiai, to siedziałam. Albo łaziłam, rozciągałam kulasy, piłam, jadłam, strechingowałam ramiona i ni ciuciula nie widziałam żadnej różnicy. Czułam się tak samo fantastycznie, tylko ten obudzony wewnątrz ork (co tam jeden, cała armia orków!!!), nie dawała spokoju...
Czas dobiegł końca, więc trzeba było ruszyć. Zarzucam tyłek na siodło, przejeżdżam jakieś 500 metrów na bujanym fotelu…no dobrze, że wreszcie! Fiat lux!!!
Mam kuźwa flaka na tylcu!!! Ralfowy skurczybyk potrzebował aż 20 kilometrów, by się zaprezentować od najlepszej strony! No żesz w dziób marabuta!
Teraz dopiero zaczęła się „prawdziwa jazda”, albowiem miałam przy sobie dętkę, ale pompki niet :( Wszystkie pompki, sprzysiężone przeciwko mnie, dojeżdżają paradnie do Kowna…
Wracamy zatem pod sklep, by zacząć łapankę.
„Kto pyta, nie błądzi” - kilkanaście strzałów za mną i same pudła.
Nawet skrawka zacisku nie mieli!
Wpierw ogarnia mnie czarna rozpacz…analizuję czy mam się rozdziać do pasa, by przykuć uwagę kierowców, ale eeee tam, biust za mizerny na taki happening, więc zaczynam już tylko wodzić głupkowatym wzrokiem za posiadaczami drajwing lajsens. Oraz po Cinderku wywalonym bebechem do góry.
Następnie przyszła fala pustośmiechu. Ani w sklepie, ani w najbliższym domostwie nie ma żadnego ustrojstwa do pompowania czegokolwiek.
Nawet poczciwy żul w końcu rozkłada ręce, choć bardzo ale to bardzo chciał nam pomóc zaczepiając wszystkich tych, którym udało się przemknąć obok nas niezauważenie.
Z minuty na minutę cała przysklepowa scenka nabiera cech groteski.
Iiiiiiiiii….
I kiedy już mi totalnie zwisa i powiewa cała ta zabawa, do akcji wkracza nasz Zbawca – wysoki na metr dziewięćdziesiąt, szeroki na metr półtora, „solaryczny” chłopak w dresie Lacosty. Nad łańcuchem na klacie łaskawie nie będę się roztkliwiać ;P
Nim zdążyłam się namyślić czy to aby nie jaki mafioso, Dawko został wciągnięty do fury, z piskiem opon odwieziony „gdzieśtam”, gdzie pomieszkiwał sobie mechanik samochodowy, by po niecałych 15 minutach zostać wyplutym z wyżej wspomnianego auta wyżej wspomnianego osobnika - z pękatą czyściutką oponką :D:D:D:D:D
ALLELUJA!
Na finiszu akcji okazało się, że to nie Litwin, lecz Polak Polakowi dał pomocną dłoń.
Jak mi później wyjawiono, tych naszych narodowych łapek to było co najmniej 6, ponieważ Wielkiego Blachogrzebacza także powiła matka polka.
I tak oto, wszem i wobec rozprzestrzeniane wieści o nienawiści polsko-polskiej na gruncie obcym znowuż mają się nijak do rzeczywistości.
Cóż.
Zebrało się 2 godziny obsuwy, więc do samego Kaunas zapodaliśmy niezłą tempówkę, szkoda tylko, że oznaczenia centrum mają w tym mieście tak pokręcone, że po raz kolejny nadłożyliśmy drogi moknąc pod złośliwym niebem.
Złośliwości tego dnia nie było końca, wspominałam może o tym? :)
Kelner zapomniał mnie obsłużyć…a jak już sobie przypomniał, to po minucie wrócił, bo zapomniał to, co sobie przypomniał, więc musiałam wyłuszczyć ponownie tajniki mego apetytu. Czekałam na realizację zamówienia stanowczo za długo, aż mi się czoło marszczyło jak mopsowi:

GDZIE JEST MOJA MICHA??????© KOCURIADA
Słuńce zdążyło w tym czasie osuszyć ulice jarając buzie co poniektórych rowerzystów w ciekawe wzorki:

Kowieński deptaczek© KOCURIADA
Mam Was - fotek wzorków specjalnie nie zamieszczam ;P
Pokażę za to wejście do Kościoła:

Kowno© KOCURIADA
Oraz wyjście z tegoż:

No i co? ;P© KOCURIADA
No i co?
No i pomknęliśmy na sympatyczną kwaterę, gdzie przywitał nas:
W tym odcinku były hulanki kuchenne, tivi oglądanie, łazienkowe swawole (w tym z nosa dłubane babole), aż wreszcie każdego ogarnął zieeeeeeew
Mnie dopadł najprędzej, ale czy to kogo w ogóle dziwi? Po takim dniu??? :P
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 132.00 km
(13.00 km teren)
06:00 h
22.00 km/h
Maks. pr.:46.50 km/h
Temperatura:17.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 7 dan: Utena-Kernave
Piątek, 24 czerwca 2011 · dodano: 17.07.2011 | Komentarze 2
Utena – Leiunai – Skiemonys – Alanta – Moletai – Zalvariai – Ambroziskiai – Giedraiciai – Srvintos – Musninkai – KernaveNa lekcjach religii wyszkolono mnie za młodu, że siódmego dnia bezwzględnie nakazany jest odpoczynek, a dzień święty należy święcić w sposób jak najbardziej uświęcony…
Well, traf chciał, że mój siódmy etap rozminął się z bogobojnym kalendarzem i musiałam dalej arbajtować.
Zaprawdę, powiadam Wam, nastał dopiero piątek, w związku z czym w motelowym kołchozie zawrzało od przedwczesnej pobudki ustawionej (oczywiście) w kocuriadowym tjulefonie. Pakowanie poszło w miarę sprawnie mimo, że sakwy wiozłam przedpotopowe, no ale przecież „practice makes perfect” , czyż nie? :P
Przed dziewiątą wytaczamy bajki na dwór iiiiii…czekamy…czekamy…sobie normalnie kwitniemy, jak co dzień ;P Już nawet zaczęłam robić skip A z tych nudów:

Jedźmy już, bo tu brzydko...© KOCURIADA
I do czego było mi tak spieszno?
O, ja głupia!
Do INTERWAŁÓW, które czyhały na moje nogi w kilku punktach trasy…jakoś nie skojarzyłam, że roześmiany szosowiec na wyjazdowej A6 z Uteny niekoniecznie szczerzy się do mnie w serdecznym pozdrowieniu…On już wiedział co i jak, bo wracał z miejsc, do których ja właśnie zmierzałam z całym swoim zadupnym domkiem…
Początkowo, to nawet było mi jeszcze do śmichu:

Se jadę i się cieszę© KOCURIADA
lecz od Skiemonys aż za Alantę (gdzie niepotrzebnie zrobiliśmy z Łosiem krótki postój, nadal tak uważam) odmieniła się bitumiczna aura zmuszając mnie do spięcia pośladów. Napierała na mnie hopka, a zaraz po niej wpadałam w dołek, po czym znowu pojawiała się hopka i dołek, hopka, dołek…zdecydowanie za dużo hopek i dołków! Nawet niewysokie były, ale tak fatalnie wyprofilowane, z takim skosem, że pociłam się jak świnka morska zaprzężona w pług...dopiero po słodkiej bułce wciągniętej naprędce pod Maximą w Moletai niebo zesłało moim napędzaczom upragniony odpoczynek.
Słoneczko na dobre wyściubiło nocha zza chmur, no i pojawił się ty, ę, tę, no…T-E-R-E-N :)))))))))))) A co tam, że pagórkowaty momentami na 8%. Phi! Miałam dzięki temu wyrzut większej dawki adrenaliny, ot co! ;P
Opaliwszy się na takiej oto beżowej wstędze przełożonej przez zielony zamsz:

Kocham to!!!© KOCURIADA

:D© KOCURIADA
zajechaliśmy nieco przesuszeni pod pierwszy z brzega sklep w Giedraiciai. Kiedym nabywała „nawilżacze” czepił się nas (kolejny tego dnia) niegroźny autochton po piećdziesiątce. Chłop był wyraźnie zafascynowany naszą wyprawą, aczkolwiek cały czas miałam wrażenie, że przybłąkał się głównie celem wydębienia kasy na siwuchę ;P
Pożegnaliśmy Giedraiciai skręcając w prawo na Srvintos. Mniej więcej w połowie tego dystansu oczarował mnie spektakl grany w teatrze „Horyzont”. W rolach głównych smoliste chmury i zrywający się wiatr...
Zamieniliśmy naprędce kilka zdań z gatunku „no i jak sądzisz, zdążymy?”, „luknij na mapę, czy nie ma jakiejś drogi okrężnej?”, otaksowaliśmy asfalt wiodący wprost do paszczy lwa...i nagle wszystko stało się jasne. Tak czy siak, kolejny armagiedon był nieuchronnie przed nami ;)
Łosiu dzielnie barował się z wichrem momentalnie wychładzającym nasze rozgrzane ciała, ale skubaniec nie dawał tak łatwo za wygraną. Toczyliśmy się coraz wolniej i wolniej, by ostatecznie, na wjeździe do Srvintos, zacząć „cieszyć się” deszczem – nieodzownym towarzyszem naszych ostatnich 20 kilometrów do Kernave. Kilometrów, na których po raz pierwszy na tej wyprawie coś z siebie dałam innym (czyt. klasycznie mocną zmianę) dociągając Łosia do mety. Miałam jednak nieco łatwiej, bo ustawiliśmy się na tym odcinku bokiem do wiatru a i ten już tak bardzo nie doskwierał ustępując miejsca lejącemu się z nieba ha-dwa-o.
W ogródku baru „Kiernaus” Lobotomik już oczekiwał przybycia reszty leniwców. Papugując po nim jedyny prawidłowy wzorzec postępowania stworzony na okoliczność wyrwania się ze szponów niesprzyjającej aury, przebraliśmy się w suchą odzież, odczekaliśmy aż pałeczkę przejmą Małecka z Dużeckim, a następnie przenieśliśmy się do wnętrza starego młyna przerobionego na restaurację:

Kiernaus Baras© KOCURIADA
Ojojoj, mniam mniam mniam, zamówione dania niczemu nie ustępowały pichconym we własnym m :) Nie omieszkam dodać, że podawała je miła lub sympatyczna (panowie, nie pamiętam, którego terminu należałoby użyć, w każdym razie chodzi o to, że „pukalna”;P) młoda dama. Sama bym ją ten teges, takie miała pięknie zalotne oczęta :)
No dobrze, nie rozczulajmy się za bardzo.
Po wypaśnym obiedzie odebrał nas słynny Arvydas, u którego mieliśmy gościć za 11 litów mocząc tyłki w osnutej legendą bani, tuż nad brzegiem rzeki. Miał to być najtańszy z naszych noclegów, taki z przygodami...a tych miałam tego dnia po uszy a nawet powyżej...
No więc, nadjechał rzeczony gospodarz (postawny człowiek z uśmiechem na twarzy, aczkolwiek o groźnawym jak dla mnie spojrzeniu), skierował nas do ciemnego lasu, w którym wszystkie drzewa co do jednego szumiały, że zostanę tej nocy ukatrupiona, by po niecałym kilometrze ścieżki zapoznać nas ze swym chylącym się ku upadkowi królestwem:
$#@$#$&**@*&^*&^$@$^@!%!^*_+*@$&&)()!!!!!!!
ŁOT DE FAK YZ DAT?????!!!!
NO PRĄD+ NO ŁOTER+NO SRACZ=NO FUN!!!
W zamian był SYF+7 TYSI KRAWATÓW NA DRZEWIE+UJADAJĄCY PIES+CHATA Z ZAPADNIĘTYM DACHEM, W KTÓREJ WANIAŁO STĘCHLIZNĄ....
Dosłownie w sekundę zawiązałyśmy babskie porozumienie i dawaj pod górkę z powrotem do baru błagać o jakikolwiek suchy kąt do spania. Chłopcy zostali w dole...
Udało się wyhaczyć nocleg za litów 40, w czym nieocenioną pomocą okazała się być kucharka polskiego pochodzenia :) I to JAKI kąt do spania! W budynku z duszą, klimatyczny, CZYSTY I PACHNĄCY, wręcz domowy :) Spało się fantastycznie!
Jak dla mnie, była to najfajniejsza z naszych kwater :D
I nawet panowie postanowili jednak do nas tej nocy dołączyć, hehe...
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 100.68 km
(3.50 km teren)
04:32 h
22.21 km/h
Maks. pr.:49.70 km/h
Temperatura:19.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 6 dan: Ignalina – Utena
Czwartek, 23 czerwca 2011 · dodano: 15.07.2011 | Komentarze 2
Ignalina – Paluse – Ginuciai – Vaisiunai – Paluse – Linkmenys – Antaiksne – Kirdeikiai – Sele – Tauragnai – Medionai – UtenaSzóstego dnia spłynęłam dżdżo-kapuśniakiem z Ignaliny do Uteny:

:)© KOCURIADA
I to pod czujnym okiem& mocną girą nie-sparowanego Tomini Bobini - okrutnie wystawionego do wiatru przez ciocię Evesiss oraz wujka elStampera, którzy absolutnie beztrosko postanowili skrócić sobie tego dnia dystans i wypruli długą prostą w stronę utenowskiego browaru. Nie muszę chyba dodawać, że po tym, jak się porządnie wyspali…w przeciwieństwie do mnie… :)
Łaziło to biedne chłopię po obejściu z e-papierosem w pyszczku, tuptało nóżkami wokół mapy nie mogąc się doczekać „karuzeli” czy też taplania w kałużach, tośmy się w końcu wytoczyli z Dawkiem z barłoga, oporządzili jak trza i przygarnęli sierotę na naszego tour guide’a .
Oj, spisał się doskonale. Kółeczkiem po okolicy ciepło nas opatulił w ten pochmurny deszczowy dzień:

Jedymy w siną dal© KOCURIADA
Dzięki skutecznemu agitowaniu na rzecz nakręcenia kolejnej stówki dwukrotnie przejeżdżaliśmy za Lobotomikiem przez Paluse nad jeziorem o bliskiej memu sercu nazwie:

Nieprzejrzyście (może Lusia zaraz się zesiusia do jeziora)© KOCURIADA
Miejscowość miała wiele zalet (jezioro, las, drewniany stylowy kościółek, pagórki do hasania, sklep, bar…) plus jedną wadę – skandaliczny standard „przyrestauracyjnej tułalety”. Sikałam przy świecy, ręczników oraz mydła brak a w samej muszli czarno jak w dupie Murzyna, choć nie wiem czy ta ostatnia uwaga ma rację bytu, należałoby w tej materii przeprowadzić (a właściwie „odbyć”) odpowiednie badania naukowe. ..dajcie znać, jak tylko ktoś ustali zgodność obu faktów.
Wracając na główny tor trasy - „Onci” (czyt. Tomini) zaprowadził Drużynę Szprychy pod tejemniczego Hesusa szczytującego obok drewnianego Cocka:

Obezwładnienie pięknem kultury litewskiej© KOCURIADA

Interesujące figury...© KOCURIADA
zapuścił pobratymców aż po kolana w trawsko pełne poziomek (aleśmy się tam kurna obżarli!!!):

"Są różne życia poziomy? Lubię poziomy"© KOCURIADA
obfocił podejrzane elementy florystyczne na prośbę ciotki Kocuriady:

Pani biolog z pewnością się połapie...© KOCURIADA
by w końcu uznać, że dalej to on już trafi samodzielnie…nie-wdzię-cznik! ;)

Co robić? Nakarwiać czy Kirdzielić?© KOCURIADA
No dobra, mea culpa, za wolno jechałam ;P
Tereny od Antaiksne były jednako ładne co te na obrzeżach Ignaliny, z miękkimi zakrętami rozłożonymi na łagodnie pofałdowanym asfalcie, z uroczymi wioskami porozrzucanymi tu i ówdzie na poboczach. Mimo dokuczliwej pogody jechało się dobrze.
Spotkaliśmy się w Trójcy Jedyni Prawdziwi dopiero po pokonaniu ostrego podjazdu do Tauragnai, gdzie Sieku leniwie spijał sobie piwko w oczekiwaniu na opieszałą damę (przeto dżentelman udawał swą opieszałość nie chcąc czynić damie przykrości).
Resztę brakujących do sety kilometrów pokonaliśmy razem, przed samą Uteną specjalnie pakując się na szutry.
Jeszcze tylko wspólna kawo-herba u sympatycznej sklepowej w centrum Uteny, dojazd do naszego „Motelis Automobillu servisas” , wieczorne buszowanie w michach utenowskiej Piceryji i w końcu upragniony sen…Szkoda tylko, że zbyt długo zbierał się, by mnie ukoić…
Kategoria Yogus (55...)
Skołowałam 100.21 km
(25.00 km teren)
04:38 h
21.63 km/h
Maks. pr.:47.80 km/h
Temperatura:22.0
ESPEDE KARATE SHIMANO LIETUVA 2011 – 5 dan: Ignalina – Visaginas - Ignalina
Środa, 22 czerwca 2011 · dodano: 11.07.2011 | Komentarze 0
Ignalina – N. Daufeliskis – Janionys – Kazimieravas – Pupiniai – Meikstai – Rimse – Visaginas – Dukstas – Ligunai – Kazitiskis – IgnalinaNajsympatyczniejszy dzień :) Wręcz randkowo-romantyczny :) Czas prawdziwego odpoczynku :)
Po ostatecznej rezygnacji z podróży do łotewskiego Daugavpils postanowiłam cichutko jak myszka dostosować się do Łosiątka, nawet gdyby oznaczało to pokonanie tego dnia 200 kilometrów. Liczyło się dla mnie tylko to, że sakwy zostawiłam na kwaterze, a Dawko po prostu musi odreagować przykrą dla niego zmianę planu ;P
Ku mojej uciesze szybko okazało się, że zachwalanie w ciemno okolic Ignaliny nic a nic nie rozmijało się z rzeczywistością. Co kilometr było piękniej i piękniej...nie mogliśmy wyjść z podziwu dla zdolności artystycznych Matki Natury.
Dobrej jakości asfalt początkowo prowadził nas po łagodnych pagórkach. Zjazdy obficie wynagradzały cały trud mozolnego wdrapywania się na następujące po sobie hopki. Po kilkunastu kilometrach otwartą przestrzeń zamknął za nami dający ochłodę las:

Nagły przystanek© KOCURIADA
Miejsce zaklęte, przywołujące zadumę, bo gęsto usiane krzyżami, choć nie od razu dawało się je dostrzec w gęstwinie iglaków:

Gdzie jest krzyż? Gdzie jest krzyż?© KOCURIADA
Bliższa eksploracja niestety nie pozwoliła nam na poznanie tej tajemnicy, albowiem nie znaleźliśmy ani krztynki wyraźnego napisu.

Tajemnicze Krzyże© KOCURIADA
Nieco rozczarowani ruszyliśmy dalej. Niebawem jaskółki zaczęły latać nisko nad drogą, momentami wręcz pchając się pod konikowe koła, jedną bidulkę prawie uśmierciłam...
W Kazimieravas pojawiły się pierwsze szutry, „rozpieszczające” nasze tyłki koszmarną tarką na całej szerokości drogi. W związku z tym, że i tak nie było jak od nich uciec, postanowiłam całkowicie rozluźnić swe ciało, a następnie bez opamiętania rzuciłam się terenowi na żer. Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaałłłłłłłłł! Po kilku kilometrach poczułam się tak zajebiście wypoczęta i mięśniowo odkwaszona, że pod koniec dnia niezmiernie żałowałam, że wyszło nam raptem 25 kilometrów tak wspaniałego „masażu”. Po tym doświadczeniu każdego następnego dnia z utęsknięniem wypatrywałam choć kawałeczka szuterku, choć okruszynki relaksującego piasku, bo i do niego zapałałam pod Rimse wielkim uczuciem. Tylko raz asekuracyjnie wypięłam się z pedałów, a była to zdecydowanie najdłuższa w mym życiu „plaża” - połknięta za jednym zamachem :) 6 kilometrów ciągłej nauki balansowania rowerem :)
Przy okazji terenowych uciech udało się nam zahaczyć o granicę litewsko-białoruską ciągnącą się wzdłuż pięknego jeziora. Podejrzewam, że gdyby nie wieża strażnicza strasząca całą okolicę, pobrykalibyśmy sobie po Rusi Białej nieco dłużej, a tak pyk myk, co by tylko „liznąć” obcy kraj i obraliśmy kierunek na Visaginas, które miało być centralną atrakcją tego dnia. Miasteczko zaludnione Rosjanami pracującymi w pobliskiej elektrowni atomowej okazało się tak brzydkie w swej „blokowatości”, że nawet nie odpaliłam aparatu fotograficznego. Posiedziliśmy tam bardzo krótko.
Powrót z tak zwanej „Vaginy” obraliśmy trasą 102 – było centralnie pod wiatr, a do tego zmoczył nas deszcz, czyli żadna tam wyprawowa nowość ;P I jeszcze te ścigające się z nami gzy, mimo, żeśmy się przecież rano oboje wykąpali ;P
Łot a dej! :P
Kategoria Yogus (55...)



